Gośka wśród dzikich zwierząt

Moje dalsze przygody z pracy na wolontariacie z dzikimi zwierzętami możecie śledzić na FB: 
https://www.facebook.com/swiatoczamigoski/
 Na stronie będzie też wiele interesujących faktów i ciekawostek z życia dzikich zwierząt, zdjęcia i filmiki:)

Moja książka „Zwierzaki podróżniczki Gosi” dostępna jest w księgarniach oraz internecie m.in. 
https://publicat.pl/papilon/oferta/nauczanie-poczatkowe-6-9-lat/zwierzaki-podrozniczki-gosi-polska-doktor-dolittle

Osierocone leniwce i ich droga ku wolności

Z ręcznika wystaje tylko główka. Patrzą na mnie maleńkie brązowe oczka. To Matata, domaga się kwiatów hibiskusa, jedynej rzeczy, którą je odkąd przybyła do ośrodka rehabilitacyjnego dla dzikich zwierząt Jaguar Rescue Center na Kostaryce. Matata to leniwiec krótkoszyi. Ma pół roku i jest sierotką. W JRC pod czujnym okiem pracowników i wolontariuszy, spędzi pierwsze lata swojego życia, a następnie zostanie wypuszczona na wolność.

W ciągu ostatniego miesiąca aż 7 leniwców trafiło do Jaguar Rescue Center. Większość z nich to sierotki. W wielu wypadkach nie wiadomo, co stało się z ich matkami. Odkąd cywilizacja, a co za tym idzie urbanizacja terenów coraz bardziej wdziera się w środowisko naturalne tych zwierząt, rośnie ich umieralność. Zostają one porażone prądem, kiedy wspinają się po liniach wysokiego napięcia, myśląc, że to drzewa, zostają potrącone czy przejechane przez samochody, spadają z drzew. Spadanie jest naturalnym zjawiskiem, tyle, że kiedyś spadały na krzewy, które amortyzowały upadki, dziś spadają na beton. Niestety na Kostaryce lokalni mieszkańcy nadal zabijają te piękne zwierzęta , bo uważają, je za brudasy, które przenoszą choroby. Mimo, że sytuacja zmienia się na lepsze, to jeszcze jest wiele do zrobienia.

Ranne i osierocone zwierzęta trafiają do Jaguar Rescue Center, gdzie po rehabilitacji czy spędzeniu dzieciństwa mają szanse na powrót do wolności. Wszystkie osierocone leniwce trafiają najpierw do domu Encar, założycielki ośrodka. – Najmniejszy leniwiec, jakiego spotkałam w życiu ważył 170 g. Myślę, że urodził się kilka dni temu. Jest bardzo kościsty – mówi Encar, która osobiście opiekuje się najmłodszymi. Maluchy te potrzebują bowiem specjalnej opieki i są karmione mlekiem co 2-3 godziny. Kiedy ważą 800 g -1 kg i wiedzą już jak jeść liście czy warzywa, opiekę nad nimi przejmują specjalnie wyszkoleni do tego wolontariusze. Leniwce zabiera się na kilka godzin dziennie na polankę, gdzie zachęca się je do wchodzenia na drzewa. Poznają też inne leniwce, bowiem jak pokazują ostatnie badania, nawet te uważane za indywidualistów zwierzęta, potrafią żyć całymi rodzinami na jednym drzewie.

W wiklinowych koszykach wolontariusze na kilka godzin zabierają leniwce na polankę i zachęcają do wspinania po drzewach, ale to zwierzęta decydują na co mają ochotę: czy chcą jeść, bawić się spać czy chodzić po drzewie. Ważnym elementem jest nauczenie ich jedzenia odpowiednich liści. W naturze leniwce jedzą to, co dostarcza im mama. Tak więc zadaniem wolontariuszy jest pokazanie im jedzenia, które znajdą na wolności. Żeby było to możliwe ogrodnik z La Ceiba codziennie dostarcza świeże liście, które rosną na drzewach w tym rezerwacie.

Kiedy zwierzęta są już wystarczająco duże, czyli ważą ok. 2-3 kg, zabiera się je do rezerwatu La Ceiba, w którym są specjalne klatki w środku lasu. Leniwiec spędza ok. 10 dni w klatce, po czym jest ona otwierana na stałe. Z klatki biegną liny do dużych drzew, po których leniwiec może wyjść na wolność. Żeby go zachęcić pracownicy rezerwatu wzdłuż lin przymocowują liście, które jedzą leniwce. – Zwierzęta zawsze mnie zaskakują, pamiętam Charliego, który był moim ulubieńcem. Kiedy przybył do nas był maleńki i myślałam, że trudno będzie go wypuścić,  tymczasem był pierwszym, który wyszedł z klatki i rwał się do odkrywania wielkich drzew i wielkiego lasu – mówi Encar. W zeszłym roku wypuściliśmy dziewięć.

Patronem medialnym projektu jest National Geographic Traveler.

Brzydkie kaczątko

Kiedy Mowgli pojawił się w ośrodku, mało kto go lubił, bo był brzydki, a w dodatku większość osób gryzł. Ja go od razu pokochałam, u mnie w ramionach uspokajał się, poza tym praca z trudnymi zwierzakami sprawia mi satysfakcję, bo czuję, że robię coś dobrego i widać tego efekty.

Pamiętam kiedy pierwszy raz Encar dała mi chudą małpkę zawiniętą w kocyk, z którego wystawała tylko wielka głowa. To była kolejna sierotka, która trafiła do Jaguar Rescue Center. To co ją różniło od innych to brak chęci walki, brak chęci do życia. Biedaczek w ogóle nie miał energii. Przytulałam go do siebie z nadzieją, że jednak przetrwa. Niedługo potem dostałam dyżur niańczenia go. Mowgli nadal był niemal całkiem dziki, poza tym miał problemy z poruszaniem się. Chodził po samej górze klatki, ale poruszał się tak chwiejnym krokiem, że cały czas obawiałam się, że spadnie. Ponadto nie do końca potrafił używać swojego chwytnego ogona. Jednak największym problemem było to, że nie chciał jeść. Stawałam więc na palcach, wyciągając rękę do góry tak jak mogłam i próbowałam go zachęcić, żeby zjadł kawałeczek banana. Na początku uciekał ode mnie, ale po pewnym czasie zaczął nieśmiało podchodzić. Chwytał się ogonem za kraty i zwisał tak, że mordką ledwo sięgał banana. Koleżanka przyniosła mi plastikowe, niebieskie schodki, dzięki którym mogłam go dosięgnąć. Wtedy zaczął brać moje palce w swoje łapki i jadł banana. Z czasem stawał się coraz śmielszy i zaczął podchodzić do mnie.

Wielu wolontariuszy nie lubiło go, bo był brzydki i niegrzeczny. Wiele osób gryzł. Kiedyś akurat pomagałam Augerowi, gdy jedna z wolontariuszek zapytała mnie czy mogłabym go od niej wziąć, bo ona go nie lubi. Zapytałam dlaczego, odpowiedziała „Bo on gryzie”. Ja od pierwszej chwili pokochałam tego małpiszonka, więc od razu się zgodziłam. Przekazała mi rzucającą się na wszystkie strony małpkę. Poprawiłam ją w kocyku, zaczęłam z nią spacerować i spokojnie do niej mówić. Mowgli momentalnie się uspokoił.

Następnego dnia dostałam dyżur z Luigim, ale ponieważ tego dnia było nas stosunkowo mało, dodali mi Mowgliego. Maluch zaczyna się ze mną zaprzyjaźniać, jeszcze nie dawał się głaskać, ale już podchodził i dawałam mu banana. Jak siedział przy miseczkach z owocami otwierał buziaka i wkładałam mu kawałeczki arbuza. Bardzo mnie cieszyło, że tak ładnie jadł.

Banana musiałam chować przed Luigim, ale ten spryciura podniósł ręcznik, pod którym go schowałam i zawalił bananaL.  Innym razem siedziałam z Mowglim i dwoma innymi wyjcami Pipe i Flyerem. One były jeszcze za małe, żeby pójść na cały dzień do lasu, tak więc zabierano je dopiero ok. południa. I tak się stało tego dnia, żeby nie być z Mowglim w tak dużej klatce musiałam go złapać i zabrać do mniejsze. W tamtym okresie złapanie go nie było takie proste. Byłam więc bardzo zdziwiona, gdy bez większy trudności wzięłam go w ręcznik. Mój niunio kochany spokojnie u mnie siedział jeszcze przez jakiś czas, potem poszedł się bawić. Każdego dnia jesteśmy sobie troszkę bliżsi. Małymi kroczkami zdobywam jego zaufanie i mam nadzieję miłość. On też nabiera pewności siebie, zaczął normalnie chodzić, bawić się z innymi małpkami. Korzystam z każdej chwili, by móc być z nim.

Większość wolontariuszy wychodzi o 15.30, ja zawsze zostaję tak długo, jak trzeba. Pewnego dnia, kiedy dziewczyna która niańczyła Mowgliego poszła do domu, zapytałam czy ja mogłabym się nim zająć. Jak tylko wyciągnęłam do niego rękę przyszedł do mnie i się we mnie wtulił. To niesamowite jak przez te kilka tygodni się zmienił. Od tej pory już zawsze do mnie przychodził, wtulał się w moje ramiona, czasami zasypiał u mnie na rękach. Kiedyś byłam w klatce z nim, Ani i Parismino. To chyba była jedna z najbardziej rozczulających chwil w moim życiu. Parismino swoim zwyczajem zasnął na mojej ręce, potem przyszedł od mnie Mowgli, a następnie Ani i tak spały jeden na drugim, na moich rękach przyciśniętych do brzucha. Moje najukochańsze robaczki. Niestety to była już pora ich spania, i tak jeden po drugim był jeszcze karmiony i zawijany w kocyczek i kładziony do wiklinowego koszyczka na noc. Kiedy przyszłam z Parismino, który był ostatni w kolejce, Lorena poprosiła mnie, żebym potrzymała Mowgliego. Malec nie chciał jeść. Zastanawiała się czy nie dać mu banana, ale poprosiła, żebym jeszcze spróbowała dać mu trochę mleka ze strzykawki. Wszystko ładnie zjadł. Potem położyłyśmy go spać.

Patronem medialnym projektu jest National Geographic Traveler.

Proces zdobywania zaufania dzikiej kapucynki

Luigi, kapucynka czarno-biała, trafił do Jaguar Rescue Center niespełna dwa miesiące przed moim przyjazdem. Biedaczek został zaatakowany i poturbowany przez inne małpy. Miał połamane kości i musiał przejść operację. Na szczęście wszystko się udało i małpiszon jest cały i zdrowy. Odzyskał też zaufanie do innych przedstawicieli swojego gatunku. Kolejnym krokiem było zdobycie jego zaufania przez wolontariuszy. Chodziło o to, aby Luigi pozwolił łapać się za ogon, tak aby z innymi małpami mógł chodzić do lasu, a pewnego dnia zostać wypuszczony na wolność. Dla przypomnienia wolontariusze codziennie na barkach, biodrach i głowach zabierają małpy do lasu, by te z jednej strony mogłyby swobodnie się bawić, ale co ważniejsze, by przystosować je do przyszłego życia na wolności.

Luigi był dziki. Niemal do nikogo się nie zbliżał, nie mówiąc już o potrzymaniu go. Podczas naszego pierwszego spotkania, na ogół trzymał się na odległość. Małymi kroczkami zdobywałam jego zaufanie. Pewnego dnia miałam dyżur opiekowania się nim i Mowglim (osieroconym wyjcem). Wówczas Mowgli był jeszcze kompletnie dziki i wspinałam się na palce, jednocześnie wyciągając do góry rękę, w której trzymałam banana. To był jedyny sposób, żeby Mowgli cokolwiek zjadł. Tymczasem Luigi biegając po klatce czasem wskoczył dosłownie na sekundę na moje kolana albo dał mi łapeczki do potrzymania, ale też zaledwie na chwilkę. Potem siadł koło miseczki. Podałam mu kawałeczek arbuza, a on otworzył buziaka, żebym mu włożyła do niego owoc. Następnego dnia opiekowałam się Mowglim, a Luigi był w klatce obok, jak zobaczył, że karmię wyjca bananem, podszedł do siatki i otwierał buziaka, żebym jemu też dała kawałek.

Szybko zorientowałam się, że kiedy mam banana, Luigi do mnie przychodzi. Siadał mi na kolana i otwierał buziaka, żebym mu podawała owoc. Z czasem coraz częściej siadał mi na kolanach i zostawał na nich coraz dłużej. Już nie potrzebowałam bananów, żeby do mnie podszedł. Mogłam też podchodzić do niego i trzymać go za łapeczki. Czasem skakał po mnie. Kiedy wyciągnęłam rękę często po niej schodził do mnie na kolana. Mogłam go już głaskać, ale ogon nadal zostawał niedostępny. Pierwszy raz udało mi się go złapać za ogon, kiedy dawałam mu mleczko z butelki. Niestety tylko raz miałam okazję w ten sposób go karmić, ale zrobiliśmy milowy krok, bowiem przy następnej wizycie Luigi wskoczył mi na kolana, a ja go głaskałam i głaskałam, potem delikatnie złapałam za ogon i przez dłuższą chwilę go trzymałam. Luigi, gdy się zorientował co zrobiłam wziął łapką moją rękę i „odstawił”, po czym dalej u mnie siedział. Innym razem, gdy udało mi się go złapać za ogon, zaczął sikać na mnie. Byłam niezwykle zadowolona i dumna z siebie, bowiem nikomu wcześniej się to nie udało.

Jednak wraz ze wzrastającym zaufaniem Luigiego do mnie, musiałam być coraz bardziej uważna, bo jak na kapucynkę przystało Luigi zaczął przeszukiwać moje kieszenie i interesować się moją nerką. Muszę ją zacząć zostawiać poza klatką, bo nie chciałabym , żeby ją otworzył, a ostatnio już próbował. Na szczęście udało mi się czymś odwrócić jego uwagę.

Mam nadzieję, że komuś innemu także uda się zdobyć zaufanie Luigiego i już niedługo będzie chodził z innymi kapucynkami do lasu, a pewnego dnia trafi z powrotem na wolność, gdzie jego miejsce.

Spacer do wolności

Encar Garcia, założycielka Jaguar Rescue Center wierzy, że przy odrobinie pracy każde zwierzę można przyuczyć do życia na wolności i wypuścić.

 

Jeszcze nigdy nie byłam w ośrodku takim jak Jaguar Rescue Center. Tutaj nie tylko opiekowaliśmy się sierotkami, chorymi czy rannymi zwierzakami; tutaj każdego dnia pracowaliśmy nad tym, żeby zwierzę wróciło na wolność. Fakt, najpierw trzeba je oswoić. Jest to ważne, bowiem, kiedy małpy są wystarczająco duże, zabiera się je do lasu. Wolontariusze niosą je na ramionach, głowie, czy biodrach, trzymając za ogon, czyli najsilniejszą część ich ciała. Robią to dla bezpieczeństwa małp oraz otoczenia. Dlatego małpy muszą na to pozwolić. Nie każdy może pójść z małpami do lasu, z kapucynkami i czepiakami chodzą tylko mężczyźni, bo te pierwsze gryzą kobiety. Jak mi wytłumaczył biolog z ośrodka płeć żeńska w hierarchii kapucynek jest niżej od płci męskiej. Stąd kobiety są niżej w hierarchii od samców kapucynek, a mężczyźni są na samej górze hierarchii.

Kobiety zaś mogły pójść do lasu z wyjcami. Nie mogłam się doczekać swojej wyprawy do lasu. Trochę się stresowałam. Pierwszy raz miałam pójść po południu z takim chłopakiem. Rano inni wolontariusze zabrali 5 dorosłych małp, my mieliśmy wziąć „nastolatki” Pipe i Flyera, dołączyć z nimi do reszty małp i zmienić wolontariuszy z porannej zmiany.

Byłam taka podekscytowana, że już o 11.30, czyli niemal godzinę przed, byłam gotowa do wyjścia. W ośrodku unikałam psikania się specyfikami od komarów, głównie ze względu na Xai, która notorycznie mnie lizała i małpeczki, które po mnie chodziły, ale przed wyprawą do lasu, wolałam się zabezpieczyć przed ew. komarami. Nie mogłam się już doczekać, dlatego postanowiłam poczekać w klatce razem z małpami. Flyer i Pipe na ogół były w klatce z kapucynką Luigim, więc jak kontem oka dostrzegłam kapucynkę, to nawet jej się nie przyglądałam. Pozostałe małpy, poza maluchami, były w lesie, więc nawet do głowy by mi nie przyszło, że nie był to Luigi. Tymczasem okazało się, że była to Julia, która wróciła sobie wcześniej z lasu. Ponieważ Luigi jeszcze wtedy nie miał do mnie zbyt dużego zaufania, ledwie przychodził do mnie na kolana. Nie musiałam więc martwić się czy nie mam czegoś w kieszeniach. Tymczasem z kapucynkami trzeba być bardzo ostrożnym, bo one wszystko sprawdzają i tak Julia od razu na mnie skoczyła i wyjęła mi z kieszeni chusteczkę higieniczną. Ponieważ kapucynki mają w zwyczaju wszystko drzeć, bić, ale także wkładać do buzi i próbować, a ja nie chciałam, żeby chusteczka skończyła w brzuchu zwierzaka, musiałam szybko wpaść na pomysł, jak jej ją „zabrać”. Oczywiście wyciągnięcie ręki i zabranie nie wchodziło w grę, bo by mnie natychmiast ugryzła. Kątem oka dostrzegłam zabawki i wzięłam pierwszą lepszą z brzegu, podając ją Julii. Ta chwyciła zabawkę, puszczając chusteczkę. Szybko ją zgarnęłam i wyrzuciłam do śmietnika na zewnątrz.

Czekałam na Mela. On wziął Pipe, a ja Flyera. Trochę mnie stresowała ta sytuacja, bo jestem przyzwyczajona, że nie zmuszam zwierząt do niczego. Tymczasem miałam trzymać Flyera za ogon, nawet gdyby miał ochotę np. skoczyć na jakieś drzewo. Małpy znane są zaś z tego, że jak coś im się nie podoba, to gryzą. Mel przez całą drogę opowiadał mi, która małpa może mnie ugryźć i co się ew. może stać, co nie pomagało mi w rozluźnieniu się. Na szczęście Flyer przytulił się łebkiem do mojej twarzy i zaczęłam cieszyć się chwilą. Najpierw wyszliśmy z ośrodka i przez specjalną bramę weszliśmy na polanę, a potem dróżką szliśmy przez las. Nasza miejscówka położona była ok. 1 km od ośrodka. Tam spotkaliśmy chłopaków i pozostałe małpy. Kiedy Flyer i Pipe wskoczyli na drzewa, my siedliśmy na kocyku i obserwowaliśmy bawiące się małpy. Czasami któraś zeszła na dół, żeby się ze mną pobawić/ poprzytulać. Najczęściej był to Santino lub Flyer. Starałam się ich zachęcać, żeby korzystały z wolności. Potem ok. 14 zaczęliśmy zwoływać małpy. Wszystkie ładnie się wysikały i zaczęły na nas wskakiwać. Ja niosłam 4, Mel 3. Większość okręciła ogony wokół mojej szyi i zwisała ze mnie, podduszając mnie nieco. Ale i tak byłam szczęśliwa niosąc cztery małpeczki na sobie i przyczyniając się do tego, że pewnego dnia będą żyły na wolności. To piękne uczucie. Kiedy doszliśmy do ośrodka i już miałam wchodzić do nich do klatki, one jeszcze postanowiły na mnie nasikać. Dobrze, że było ciepło, bo szybko wyschło. A ciuchy jak zwykle, jak tylko wróciłam do domu, poszły do prania.

Każdego dnia wolontariusze zabierają małpy do lasu. Po ok. 3 latach małpa jest gotowa do życia na wolności. Sama wybiera, kiedy miałoby to nastąpić. Najpierw zostaje w lesie na noc, potem na kilka dni, aż pewnego dnia po prostu nie wraca.

Z kapucynkami i czepiakami jest troszkę trudniej, dlatego one zawożone są do rezerwatu La Ceiba i początkowo żyją w otwartej klatce, a później zaczynają żyć na wolności na terenie rezerwatu.

Patronem medialnym projektu jest National Geographic Traveler.