Alesund, Floro i malowidła naskalne

Wieczorem dotarłyśmy do Alesund. To bardzo urokliwe miasteczko z secesyjnymi kamienicami. Jak na piątkowy wieczór było tam bardzo cicho i spokojnie. Niemal nie było ludzi na ulicach, a knajpy poza jedną (w której nie było już miejsc), także świeciły pustkami. Poza tym była 9 wieczorem i nadal jasno. Ciekawe czy się kiedyś do tego przyzwyczaję. Bardzo mi się to podobało, bo czas nas nie ograniczał. Mogłyśmy chodzić, zwiedzać robić ładne zdjęcia do północy:) Czad.

Nasz hotel mieści się przy cieśninie Brosundet, która oddziela dwie największe wyspy miasta. Tym razem dostałyśmy pokoje do strony ulicy:( Niby mieszkamy na pierwszym piętrze, ale przez nasze okno wielkości drzwi balkonowych mogłabym wyjść wprost na ulicę. Idziemy na spacer. Po drodze mijamy malowniczy Apotekertorget, przy którym mieści się budynek apteki opisywanej w niemal każdym przewodniku. Na placu tym stoi także pomnik rybaka. Stąd rozciąga się ładny widok na cieśninę i położone wzdłuż niej budynki. Jednak najpiękniejszy widok jest z góry Aksla. Można na nią wejść po 418 schodach, albo wjechać samochodem. Potem trzeba jeszcze wejść na małą górkę, by móc w pełni podziwiać bajeczny widok z góry na otoczone wodą miasto.

Górę Aksla zostawiłyśmy sobie na rano i kiedy już się napatrzyłyśmy na miasteczko wyruszyłyśmy w dalszą drogę do Bergen, z kilkoma przystankami po drodze i chyba czterema przeprawami promem. Na szczęście zawsze jakoś tak się składało, że dojeżdżałyśmy parę minut przed odpłynięciem promu. Niektóre pływają co 20 minut, inne co godzinę.

Do Bergen jedziemy także nie wprost, po drodze chcemy bowiem zajechać do Floro –i zobaczyć malowidła naskalne Ausevik. „Drewniane , kolorowe budynki przy nabrzeżu pamiętają jeszcze czasy powstania miejscowości w poł XIXw, gdy wyruszano stąd na połowy śledzia” – przeczytałam w przewodniku o tym najbardziej na zachód wysuniętym miasteczku w Norwegii. Jednak samo Floro  nie zrobiło na mnie zbyt wielkiego wrażenia.

Poza tym tu także jest pusto. Na ulicach prawie w ogóle nie ma ani ludzi, ani samochodów. Znajdujemy jakąś knajpę – w zacumowanej na stałe łodzi. Jedzonko wyśmienite. Potem jedziemy dalej. Pogoda zrobiła się iście wiosenna, przemierzamy zielone lasy i bagna. Krajobrazy za oknem co chwila mnie zachwycają. W atmosferze kolejnych ochów i achów docieramy do Ausevik. Tutaj także nie ma żadnych turystów. Jednak co bardziej zaskakujące nie widzę żadnych gór. Wszystkie malowidła naskalne jakie do tej pory widziałam były na górach, te narysowane są na niskich, leżących wielkich „kamieniach”.

Wszystko jest ogrodzone linką i elegancko opisane na kolejnych tabliczkach. Tak więc malowidła te powstały 3 tysiące lat temu. Przedstawiają 300 postaci ludzi i zwierząt, co czyni je największym takim skupiskiem w Norwegii. Przedstawiają ludzi, zwierzęta, obyczaje i wierzenia religijne. Poprzez te rysunki ludzie wyrażali najważniejsze wydarzenia z życia.  Poza pojedynczymi obrazkami można tu znaleźć całe opowieści jak np. drogę życia, która przedstawia przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. W tej opowiedzianej obrazkiem narracji występują jelenie, ptaki, drapieżniki i ludzie.

Najczęściej przedstawianym zwierzęciem jest czerwony jeleń. Prawdopodobnie dlatego, że uważano, że on przychodzi z pomocą potrzebującym.

Malowidła te są bardzo wyraźne, dzięki czemu nie musimy się domyślać  ich kształtów, natomiast interpretacja może być różna. Np. samotnie stojący jeleń równie dobrze może oznaczać niezależność, jak samotność czy wręcz wykluczenie z grupy.

Patronem medialnym projektu jest National Geographic Traveler.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.