Awansowałam na asystentkę weterynarza

Podczas mojego pobytu w Criadouro Onca Pintada miałam niepowtarzalną możliwość pomagać weterynarzowi, a jednocześnie bliższego przyjrzenia się jego pracy.

 

Pewnego dnia, kiedy rozchorował się leniwiec, który niedawno został przywieziony do ośrodka, weterynarz George poprosił mnie o pomoc. Od tamtej pory już niemal każde popołudnie spędzaliśmy razem pracując. Opisałam wcześniej badanie papug czy sekcję zwłok leniwca, który mimo starań nie przeżył. Kolejnym naszym „pacjentem” była samica mrówkojada, która wyglądał jakby była w ciąży. Poszliśmy do niej, żeby ją zbadać. Otworzyliśmy domek i czekaliśmy aż wyjdzie, ale chyba nie miała takiego zamiaru. Poprosiłam ją „wyjdź do nas księżniczko” i wyszła, tylko okazało się, że to był „książe”, czyli jej brat:). Musieliśmy więc jej poszukać. Niestety okazało się, że nie jest w ciąży. Miała duży brzuch, bowiem zbierała się w nim woda. Po pewnym czasie George za pomocą rurki usunął wodę.

Innym razem wezwali nas do zranionej mazamy. Była na jednej z działek pracowników, mieszczących się po drugiej stronie ośrodka. Musieliśmy przejść przez mój ukochany wiszący most. Minęliśmy domy Silvany i Rose. Oni mają mnóstwo psów, bo Luciano (właściciel Criadouro Onca Pintada) zaangażował się także w ochronę dziko żyjących psów: znajduje im dom i kastruje je.

Aby zająć się zranioną mazamą, najpierw trzeba było ją uśpić. W tym celu George i biolog Gabriel musieli ją złapać.  I był to dosyć przykry widok, jak biedne zwierzę próbowało uciec. Mam nadzieję, że doceni pomoc jaką dostało. George przetarł jej poroże środkiem oczyszczającym i odkażającym, przemył ranki na głowie i zrobił zastrzyk. Powiedział, że wszystko będzie dobrze.

Następnie udaliśmy się do kolejnej mazamy, która miała tylko trzy nogi. Niestety po amputacji nogi rana jej się nie goiła, więc George musiał wycisnąć ropę i przemyć ranę. Odwiedzaliśmy ją prawie codziennie i z każdym dniem było coraz lepiej. Ostatnio założył jej też opatrunek, żeby bród nie wdzierał się do rany.

To było niesamowite móc poznać pracę weterynarza i na chwilę stać się częścią jego teamu i pomagać.

Patronem medialnym projektu jest National Geographic Traveler.

2 Komentarze

  1. O tym, że bez pomocy weterynarza ani rusz, przekonałam się własnie w tym tygodniu. Moja Labcia zachorowała i konieczna była natychmiastowa operacja, ratująca jej życie. Odbyła się w miniony piątek.Pani dr z wielkim oddaniem leczyła sunię w sobotę i niedzielę, podając kroplówki, wykonując próby wątrobowe i morfologię. Wiedziałam, że zrobi wszystko by postawić sunię na nogi.Warto dodać, że w miniony weekend mieliśmy w Krakowie strasznie wyskoie temperatury. Pani doktor cierpliwie wyprowadzała sunię na spacery, sprzątała po niej, a niestety, po takiej skali operacji było to trochę pracy… Miło wiedzieć, że również gatunki zwierząt zagrożone wyginięciem lub odrzucone przez biologiczną matkę ma szansę przeżyć i być pod profesjonalną opieką. Zazdroszczę ci, Gosi, poznania tak wielu niecodziennych gatunków zwierząt, a także odwagi w obcowaniu z nimi.Chyba bym jednak nie przełamała strachu przed lampartem czy tygrysem. Masz wyjątkowe predyspozycje, fajnie, że chcesz je wykorzystać do tego by zwierzętom żyło się lepiej, a my mamy fajne miejsce do podglądania świetnych zdjęć i czytania interesujących historii.Pozdrawiam i dziękuję za Twój blog:)

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.