Biała czarownica w afrykańskiej wiosce

W wiosce Sigagule nie ma ani jednego kota. Jej mieszkańcy wierzą bowiem, że zwierzęta te służą do czarnej magii. Dlatego na wszelki wypadek nie przyznawałam się, że mam w domu kota, co by nie uznali mnie za czarownicę i nie spalili na stosie:).

Princely, u którego rodziny miałam się zatrzymać pokazał mi całą wioskę. Mieszka w niej ok. 500 osób z plemienia Tsonga. Największą dumą wioski jest kran, z którego mieszkańcy nabierają wodę do baniaków i noszą na głowach lub taczkach do domu.

W wiosce bowiem nie ma bieżącej wody, w niektórych domach jest za to prąd.

Drugą dumą Princely’ego były kozy jego babci. Gdy szliśmy przez wioskę pokazywał mi je i mówił „To kozy mojej babci”. Tutaj bowiem o statusie majątkowym świadczą zwierzęta.  

Najbogatsi mają krowy. W wiosce tej widziałam tylko jedną zagrodę, w której było ok. 10 krów. Poza tym spotkaliśmy trzy osły, sporo kóz, kurczaki i koguta. Po wiosce biegały też psy.

Poszliśmy zobaczyć wioskę. Szliśmy szeroką drogą, po której obu stronach wznosiły się ceglane domki. Kilka było w budowie. Byliśmy też na budowie, panowie akurat wydobywali piasek i rozrabiali cement.

Idąc dalej mijaliśmy kobiety nalewające z publicznego kranu wodę, dzieciaki biegające na bosaka po ulicy. Jedne tańczyły, skakały, inne turlały oponę.

Kilku chłopców wspięło się na drzewo w poszukiwaniu owoców.  Większość dzieci biegała na bosaka, zresztą część dorosłych m.in. babcia Princely’ego też nie nosiła butów.

Potem poszliśmy do sklepu, po drodze spotykając 5- letnią córkę Princely’ego, która się do nas ochoczo przyłączyła. Wzięła mnie za rękę i nie puściła aż do momentu, kiedy wróciliśmy do domu. Idąc, natknęliśmy się na jej kolegę. Wcinał chipsy i uroczo się do nas uśmiechał. Dzieciaki wymieniły ze sobą kilka zdań, idziemy dalej, nagle coś mnie łapie za rękę patrzę, a to ten chłopiec i tak się słodko do mnie uśmiecha. Za każdym razem, kiedy na niego spojrzałam szczerzył ząbki. Dla nich to było wielkie przeżycie. Na co dzień nie widywali bowiem białych. Dzieciaki biegały za mną, popisywały się i chętnie pozowały do zdjęć. Potem brały do rączek mój aparat i z zaciekawieniem oglądały foty i pokazywały wszystkimi dookoła.

Starsi mieszkańcy wioski czasem byli sceptyczni, ale jak ich Princely na moją prośbę, pytał czy mogę zrobić zdjęcie, na ogół się zgadzali. W sklepie kupiliśmy frytki (Princely bardzo nalegał) słodycze dla dzieciaków, a potem u pewnej kobiety owoce. Co mnie zaskoczyło mężem sprzedawczyni w sklepie był muzułmanin.

W wiosce był też kościół katolicki i pokryte trawą boisko do piłki nożnej.

Najbardziej zaskoczyło mnie to, że Princely miał telefon komórkowy i konto na Facebooku.

1 Komentarz

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.