Boliwijski raj na ziemi

Po pełnej emocji podróży docieramy na miejsce. Powieki mi ciążą, bo w ciągu ostatnich trzydziestu kilku godzin, może przespałam jakieś 4 godziny. Wchodzimy przez zamykane na łańcuch z kodem drzwi, będę musiała zapamiętać kombinację. Na chwilę zatrzymuję się na moście, by podziwiać widok.

Zapiera mi dech w piersiach tak tu pięknie. Potem przez mini lasek docieramy na polanę, na której stoją dwa większe budynki i cztery małe, białe chatki z czerwonymi dachami. Każda ma kolorowy stopień pod drzwiami: czerwony, zielony, niebieski, żółty. I właśnie tak się nazywają.

Wchodzimy do specjalnego korytarza z siatki, swoistej klatki dla ludzi, która prowadzi do restauracji. W La Senda Verde większość zwierząt mieszka na wolności i może przemieszczać się po całym ośrodku.  Osierocone małpy, chore papugi, byłe maskotki (czyli zwierzątka domowe) i przechwycone od nielegalnych handlarzy niedźwiedzie czy hirary znalazły tu szansę na nowe życie.

 


W ośrodku obecnie jest ok. 460 zwierząt i 20 wolontariuszy. Kolejne wyzwanie przede mną zapamiętać wszystkie imiona, zwłaszcza, przy takim zmęczeniu. W głowie powtarzam sobie: Marta i Rodrigo z Hiszpanii, to łatwe, Charlin z Francji, Cyndy z Wielkiej Brytanii, Sanne z Dani itd. Muszę zapamiętać twarze, imiona, kraje. Sophia myli mi się z Hanną, choć wcale nie są do siebie podobne, która to była Lottie, a która Sara? Marielę i Kelly od razu zapamiętuję, bo z nimi będę pracowała. Roxanne wyjeżdża jutro, więc co za różnica. Z każdych ust padają te same pytania: skąd jestem, ile mam lat, na jak długo przyjechałam. Pytania te będę powtarzali kolejni nowi wolontariusze.

Andy opiekun wolontariuszy oprowadza mnie po ośrodku. Okazuje się, że mieszkał kiedyś w Polsce i nawet pamięta trochę zwrotów i słów. Jest tu dużo fajnych zwierzaków, o których opowiem Wam w kolejnych wpisach.

Patronem medialnym projektu jest National Geographic Traveler.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.