Brisbane jak w zegarku

Po paru dniach w Brisbane czułam się jak w domu. Tutaj bowiem wszystko toczy się jak w zegarku.

Codziennie na przystanku spotykałam tych samych ludzi. Mama podwoziła dziewczynkę w bordowym uniformie, krótko przede mną przychodziło trzech uczniów, koło nas przechodziła pani z labradorem. Na jednej ławce na przystanku codziennie siedziała gruba baba, na innej szczupły facet z laptopem – potem jechał ze mną tym samym autobusem i wysiadał kilka przystanków wcześniej. W autobusie jeździłam jeszcze z grubszą panią, która zawsze zagadywała tatusia z córeczką, którzy wsiadali dwa przystanki po niej. Mała znała 4 języki obce m.in. portugalski i ta pani zawsze do niej mówiła w tym języku cześć, co słychać. Po pewnym czasie na podstawie ich zachowania, rozmów w autobusie mogłabym opisać historie tych wszystkich ludzi. Ale chciałam napisać o mieście.

Niezbyt wiele udało mi się zwiedzić, bowiem większość czasu spędzałam na wolontariacie. W weekendy jeździłyśmy do fajnych miejsc, więc Brisbane znam tylko wczesną i wieczorową porą. Nasz pierwszy błąd polegał na tym, że chciałyśmy zjeść na deptaku w centrum. Okazało się bowiem, że jest tam kilka knajp na krzyż i nie należą do najlepszych. Trzeba było pójść na drugą stronę mostu – na South Bank. Tam były były co najmniej dwa fajne zagłębia kanapkowe: Little Stanley Street i okolice oraz Melbourne Street przechodząca w Boundary Street. W pierwszym przypadku restauracje były położone jedna obok drugiej, w drugim z większymi odstępami.

Można tam było znaleźć wszystko od kuchni singapurskiej, chińskiej, koreańskiej, tajskiej, japońskiej przez hiszpańską, włoską, a nawet grecką. Najciężej było o australijską. Jest jedna restauracja Tukka na Boundary Street z kuchnią lokalną, w której można kupić przysmaki z krokodyli, kangurów czy emu.

Samo Brisbane, stolica stanu Queensland, jest bardzo sympatyczne. W mieście jest przepiękny ogród botaniczny. Na South Bank, czyli niemal w centrum miasta utworzona jest sztuczna plaża i akwen wodny. Warto odwiedzić Mount Coot –tha. Z góry tej rozciąga się przepiękna panorama miasta. Osobiście preferuję widok w ciągu dnia, bowiem w nocy widać tylko światła. Można też udać się na tzw. Story Bridge, czyli wchodzenie w specjalnych strojach na most. W Brisbane znajduje się podobno jedno z największych kół widokowych o wysokości 60 metrów. W niektóre dni koło działa nawet do 11 w nocy.

Najbardziej śmieszą mnie znaki przejścia dla pieszych: dwie ucięte od kolan w dół nogi w spodniach od garnituru i eleganckie buty.

Jeśli chodzi o komunikację to najlepiej zaopatrzyć się w Go card, czyli karty miejskie, dzięki czemu można jeździć autobusami taniej. Karta kosztuje 5 AUD (chyba ostatnio podrożała do 10 AUD, ale ten zastaw dostaje się z powrotem jak się odda kartę). Ogólnie komunikacja w Brisbane jest trochę skomplikowana, bo ani na przystankach ani w autobusach nie ma podanych tras, a autobusy zatrzymują się na przystankach tylko, jeśli stojący na nich machnie, albo jadący włączy przycisk STOP. Na szczęście wszystko można sprawdzić w necie (
http://jp.translink.com.au/travel-information/journey-planner/your-travel-options/-
2056302477).
 Tak też uczyniłam, dzięki temu nie miałam problemu.

Przez pierwsze trzy dni mieszkałyśmy w innym miejscu i codziennie w drodze na przystanek musiałam pokonać most. W drodze mijałam dziarską starszą panią, w krótkich spodenkach i z plecaczkiem, która szybkim krokiem szła z na przeciwka. Na przystanku zaś spotykałam dzieciaki ze szkoły. Trzech chłopców i dziewczynkę. Wszyscy w mundurkach. Ona miała na sobie ciemnozieloną marynarkę, a pod nią kremową bluzką, granatowo-zieloną spódnicę w kratę, brązowa trzewiki i okrągły kremowy kapelusz. Oni ubrani byli w białe koszule, bordowe krawaty i marynarki, szare spodnie, czarne buty i nosili szare kapelusze. Jeden miał na klapie znaczek ze szkoły św. Patryka.

Któregoś razu o 11 w nocy zaczął wyć alarm przeciwpożarowy, strasznie nie chciało mi się złazić. Początkowo to ignorowałam, czułam, że to nic poważnego, ale jak zaczęli ogłaszać, że to alarm przeciwpożarowy i trzeba wyjść, złapałam torebkę i zeszłam na dół. Śmiesznie było, bo babcie w pidżamach kręciły filmiki na komórkach z przystojnymi strażakami w rolach głównych i przy tym chichotały jak nastolatki. Fakt strażacy byli przystojni. Inni goście hotelowi byli zdenerwowani, jedna dziewczyna bliska płaczu rozmawiała z kimś bliskim, ktoś inny miał ochotę na pogaduchy. Ja pomyślałam sobie jaką Martina jest szczęściarą, bo jak to prawdziwy pożar to moje rzeczy spłoną, a ona wzięła ze sobą swoją walizkę. Akurat na dwa dni pojechała na wycieczkę poza miasto. Tak jak czułam alarm był fałszywy. Ktoś zapalił papierosa, a w hotelu był całkowity zakaz palenia.

4 Komentarze

  1. Dzień dobry
    Gdzie mieszkałaś w Brissie? Ja zwiedzalem wschodnie wybrzeze AU przez 6 tyg. Zgadzam się z Tobą w Twojej opinii o BNE. Nie przeczytałem jeszcze wszystkich wpisów o Australli, ale są jeszcze inne miejsca oprocz tych co opisałaś jak np. Byron Bay, Port Macquarie……i pare jeszcze innych :) Nie wspomne o rafie koralowej bo tam też byłem. A Gory Błekitne są wspaniałe…

    • Na George Street:) Ja pojechałam głównie na wolontariat, więc „okolice” Brisbane (Noosa, Fraser Island, Lamingotn PArk, GLass House Miuntains, Tangalooma, Byron Bay, Surfers Paradise itd) zwiedzałam w weekendy, a potem na parę dni pojechałam jeszcze do Sydney i tam pojeździłam trochę (Góry Błękitne, jaskinie Jenolan, park narodowy Ku ring chase itd). Niestety na Rafę Koralową nie starczyło czasu:( Następnym razem:)
      Pozdowionka
      Goska

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.