Charlestown – najbardziej depresyjne miasteczko na świecie

Jeszcze kilka godzin po opuszczeniu Charlestown, miałam podły nastrój. Nie wiem czy zadziałało na mnie samo miasteczko, czy też historia z nim związana.

Do Charlestown mieliśmy pojechać, żeby zrobić research na temat dziadka Iana. Przyjeżdżamy do małej mieściny, w której znajdujemy kilka rozwalających się chat i ogrodzony plac zabaw. Jest on piękny kolorowy, nieużywany, ogrodzony i zamknięty na kłódkę. Ten plac wydawał się niczym z innego świata, w dodatku był pusty, puściuteńki. Obok niego dzieciaki bawiły się starą, zużytą piłką.

Wstąpiliśmy do komendy policji. W środku siedziały trzy osoby. Ian chciał się dowiedzieć czy została jakaś dokumentacja z masakry, w której zginął jego dziadek. Jakaś kobieta zostawiła męża dla kochanka, i potem któryś z nich zaczął do wszystkich strzelać. Na miejsce wezwano policję. Dziadek Iana, który pracował w policji, zginął jako pierwszy. Policjanci coś słyszeli o całej sprawie, ale mówią, że raczej nie ma ani grobu ani pomnika. Wysyłają nas do byłego komendanta, który teraz zajmuje się naprawą samochodów. Ten doskonale przypomina sobie i dziadka Iana i całą historię. Dokumentacje odesłał do Pretorii, ale wskazuje nam gdzie jest cmentarz i pomnik.

Mimo, że od dawna nie pada i jest piękna, słoneczna pogoda, droga przez cmentarz jest zalana. Jakby się mieścił na bagnach. Z każdym krokiem zapadam się. Są groby poległych w strzelaninie policjantów, jest też pomnik upamiętniający całe wydarzenie. Odwracam się tyłem do cmentarza, przede mną rozciąga się jeden z najdziwniejszych widoków: z tyłu przepiękne góry, niesamowita przyroda, z przodu rozpadające się chaty, brudne dzieci, ale na ich twarzach nie rysuje się uśmiech, a przygnębienie. Dzieci wracające ze szkoły idą przygniecione ciężarem swoich trosk. Całość jest depresyjna. Chcę jak najszybciej opuścić to dziwne miejsce. Jeszcze długo po tym jak znowu ruszyliśmy w trasę, byłam pogrążona w smutku.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.