Criadouro Onca Pintada – poznawanie ośrodka

Dzisiejszy dzień spędzę z różnymi kotami, bowiem Neusi, z którą dzisiaj pracuję zajmuje się właśnie nimi. Jaguary i pumy znam, ale w Criadouro Onca Pintada jest wiele kotowatych, których w życiu nie widziałam.

Zaczynamy o 7 rano. Kiedy wychodziłam z naszego domku, zobaczyłam na naszym tarasie ostronosa, który buszował noskiem w kaloszu Kristiny w poszukiwaniu jedzonka. Niestety one są bardzo płochliwe i jak tylko usłyszał otwieranie zamka, uciekł. Kiedy przyszłam do kuchni Neusi już tam była. Większość mojej pracy polegała na ciachaniu i ważeniu mięska. Największe jaguary dostają 1,7 kg mięsa, najmniejsza porcja dla mniejszych kotów to 0,5 kg. Jak już mamy wszystko gotowe pakujemy to na taczki i udajemy się w długą drogę. Taczka jest dosyć ciężka, a momentami trzeba iść pod górę. Oczywiście to ja ją prowadzę. Dobry trening na mięśnie:) i to na świeżym powietrzu. Najpierw idziemy w  górę i skręcamy w lewo – odwiedzamy jaguary Isis i Zeusa.

One mają piękną klatkę, a do tego pomieszczenie wyłożone posadzką w którym jedzą. Znajdują się w nim dwie zamykane klatki – „jadalnie” i „przedpokój”.  Kiedy jaguary zajadały się śniadankiem, my weszłyśmy do ich klatki, żeby pozbierać kopy. Potem wypuściłyśmy koty i umyłyśmy wodą całe pomieszczenie i miseczki. Tutaj do czyszczenia większości rzeczy używa się szlaufa i dokładnie się wszystko myje. Czasem  myje się płynem do myci naczyń. Następnie poszłyśmy do ich synka Perseu’a, który musiał być już głodny, bo się bardzo ucieszył na swoje mięsko i do jego sąsiadki Belindy.

Jak się okazało miałyścmy przejść niemal przez cały ośrodek bowiem Neusi karmi sporo małych kotów: oncillę, oceloty i jaguarundi. Poza tym opiekuje się także psami leśnymi, wilkiem grzywiastym, szopami rakojadami, wielkimi harpiami. Większość z tych zwierząt widziałam po raz pierwszy w życiu, więc jestem bardzo podekscytowana. Ogromne wrażenie wyrwał na mnie wilk grzywiasty i psy leśne.

Wracałyśmy już na szczęście z pustą i lekką taczką. Okazało się, że miałyśmy do przejścia cały ośrodek, więc zdążyłam się lekko zmęczyć. Po drodze w jednej z zagród zobaczyłam lisoszakala. Był prześliczny. Będę musiała odwiedzić kiedyś tego „liska liska”.

Kiedy dotarłyśmy do kuchni akurat podjeżdżała ciężarówka ze skrzynkami. Po południu w końcu poznałam Marię Carolinę, z którą wymieniałam maila przez ostatnie kilka miesięcy. Carolina zajmuje się marketingiem i wolontariuszami. Mieszka w Kurytybie, a do ośrodka przyjeżdża 3 razy w tygodniu. Wyściskałyśmy się jak stare, dobre przyjaciółki.

Po lunchu poszliśmy z Caroliną i Gabrielem nakarmić Perseu, o czym napiszę w odrębnym wpisie. A potem dogoniłam Neusi i dalej roznosiłyśmy jedzonko przeróżnym kociakom. Druga połowa dnia minęła tak szybko, że zanim się zorientowałam już skończyłyśmy prace. Pozostało jeszcze tylko zmywanie.

Potem poszłyśmy z Kristiną na spacer po ośrodku. Zaczynam powoli się odnajdywać. W jednej z zagród są żółwie, więc porobiłyśmy sobie z nimi zdjęcia. Są ogromne, mimo wszystko wydają się leciutkie, ale kiedy podniosłam tego żółwia zdałam sobie sprawę z tego ile on waży.

Patronem medialnym projektu jest National Geographic Traveler.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.