Deszczowe miasteczko i niedźwiedzie

Mówi się, że parasol jest najbardziej użytecznym narzędziem studenta w Bergen. W tym deszczowym mieście pada bowiem przez 242 dni w roku. Na ogół jest to drobny deszczyk, ale zawsze. My właśnie trafiłyśmy na takie przelotne drobne deszczyki.

Zwiedzanie zaczynamy od przepięknego Bryggen, czyli nabrzeża i wybudowanych jeden przy drugim domków. Wcześniej dzielnica ta była nazywana niemieckim nabrzeżem, bowiem to właśnie Niemcy zaczęli się tu osiedlać w XIV wieku. W większości byli to kupcy, którzy zdominowali handel w porcie na prawie 400 lat. Co ciekawe podobno nie tylko stanowili zamkniętą społeczność, ale wręcz prawnie zakazane były śluby z ludnością lokalną.

Z niemiecką precyzją budowali i urządzali swoje drewniane domy. Najniższą kondygnację zajmowała powierzchnia handlowa, nad nią był kantor, sypialnie i jadalnie, a na poddaszu małe pokoje dla służby. Każdy musiał mieć beczkę z wodą przy wejściu do biura i na klatce schodowej, na wypadek pożaru. Z tych czasów pozostało 61 dawnych domów kupieckich. W większość z nich mieszczą się dziś galerie i sklepy. Między niektórymi znajdują się wąskie drewniane uliczki.

Najstarszym budynkiem w mieście jest Kościół Najświętszej Marii Panny (Mariakirken). Świątynia powstała w połowie XII wieku. Bergeńska katedra nie robi specjalnego wrażenia. Najładniejszy jest chyba drewniany Kościół słupowy Fantoft.

Następnego dnia rano idąc rano do naziemnej kolejki linowej mijamy rzeźbę z niebieskiej skały. Podobno jest to punkt spotkań, jak niegdyś warszawska rotunda. Następnie przechodzimy przez targ rybny, gdzie słyszymy polską mowę i tuż przed ósmą docieramy do Floibanen. Na wzgórze Floyfellet, jedno z siedmiu, na których zbudowano Bergen, można się dostać właśnie tą kolejką, pieszo bądź samochodem. My wybieramy kolejkę. Kiedy docieramy na górę miasto spowija mgła. Po krótkim spacerze wróciłyśmy na punkt widokowy i w tym momencie zaczął znikać obrusy z chmury, a naszym oczom ukazała się piękna panorama miasta skąpana w słońcu. Przez kilka minut mogłyśmy chłonąć te widoki, aż znowu miasto przesłoniła gęsta mgła.

Wsiadłyśmy z powrotem do kolejki, a po krótkim spacerze przez centrum udałyśmy się w dalszą drogę. Już niemal straciłam nadzieję na zobaczenie niedźwiedzi, kiedy naszym oczom ukazał się rezerwat, w  którym mieszkały. Jakież to było szczęście zobaczyć niedźwiedzicę z małym. Niedźwiadek był pocieszny i rozrywkowy. Najpierw zabawiał się gałązką, potem wdrapał się na drzewo,  a jak się trochę zmęczył, ale jeszcze nie na tyle, żeby zasnąć dokuczał mamie. Potem najadł się mleczka i po chwili gryzienia własnych i mamy nóg, usnął w jej ramionach. Strasznie słodziaki z tych niedźwiedzi. Tymczasem niedaleko nich, dwa inne bawiły się ze sobą.

Na zwiedzanie Oslo już nie starczyło nam czasu, więc przejechałyśmy tylko po centrum , oglądając m.in. nowoczesną bryłę Norweskiej Opery i Baletu, która przypomina wystającą z wody krę lodową. Mnie się najbardziej podobało to, że można po niej chodzić. Oslo jest bardzo ładnym i przyjaznym miastem, jeszcze tu przylecę na trochę dłużej.

Patronem medialnym projektu jest National Geographic Traveler.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.