Dona Lair i taczkowa wieża Eiffla

Lair podawała mi kolejne miski i pojemniki, żebym je układała na taczce. Po obu stronach prostokątnych, białych, plastikowych pojemników włożyła po dwa noże, tak aby zbudować na nich jeszcze większą piramidę. Zastanawiałam się jak ja to będę wiozła pod górę, z góry i na zakrętach, tak, żeby jedzenie nie wypadło.

Kiedy rano wyjrzałam przez drzwi wejściowe, zobaczyłam przed nimi śpiącego ostronosa. Za to kocham to miejsce. Niestety jak tylko przekręciłam klucz w zamku maluch się spłoszył i uciekł. Szkoda.

Dzisiaj pomagałam w pracy Lair. Ona jest niska i przypomina z wyglądu Peruwiankę. Inni pracownicy mówią do niej Dona Lair. Chyba jest bardzo zabawna, bo ciągle się śmieje, ale ze wszystkich pracowników najgorzej ją rozumiem. Straszna szkoda, bo to gaduła i wydaje mi się, że znając lepiej portugalski dużo mogłabym się od niej dowiedzieć o zwierzętach.

Zaczęłyśmy jak zwykle o 7 rano od krojenia warzyw. Jak przyszedł Francisco 1 i przywitał się, zaczaiłam się, że zajęłam jego miejsce, więc zapytałam się czy chce, żebym się przesunęła. Ten bardzo się ucieszył, że go o to zapytałam. Potem wszystkim powtarzał, że ja jestem taka miła.

Potem załadowałyśmy wszystko na taczkę. Kiedy myślałam, że już więcej nie zmieścimy, Lair podawała mi kolejne plastikowe pojemniki. Po obu stronach piramidy włożyła noże, żeby podtrzymać konstrukcję. Podśmiewywałyśmy się z Rose, że Lair buduje wieżę Eiffla, ale szczerze byłam przerażona jak ja to dowiozę nie rozrzucając jedzenia. Na szczęście jakoś się udało:)

Tutaj każdy dzień niesie niespodzianki. Dzisiaj odkryłam miejsce, którego wcześniej nie znałam: kilka klatek z wyjcami, jedna z margajami, kolejna puma. Znowu spotkałam lisoszakala. Nie wiem jak ma na imię, więc wołam do niego „lisku lisku”. Przyszedł dzisiaj do mnie i mogłam go pogłaskać przez siatkę. Już go lubię:) Tylko drugi – taki szczupły, go zaczepiał i podgryzał. Tłumaczyłam mu, że to nieładnie i wtedy odchodził.

Miałam też zmienić jedzonko chico i chice, ale niestety bez wchodzenia do nich do klatki. Wykorzystałam jednak tą okazję, bo chico podszedł do krat i dałam mu kawałeczek ananasa. Ależ się mój chłopak ucieszył. Uwielbiam go. Potem miałam posprzątać klatki ptaków. Wchodzi się do budynku, w którym po jednej stronie są drzwi do klatek ptaków. Przez specjalne otwory miałam wyjąć miseczki, wyrzucić resztki jedzenia i umyć. Potem wchodziłam do klatek, które myłam szlaufem. Zmieniałam też wodę. Lair mnie zostawiła samą, co mnie troszkę stresowało, bo jeszcze nie jestem pewna niektórych rzeczy i zawsze dobrze mieć kogoś, kogo mogę zapytać. Potem poszłyśmy rozdać jedzonko i umyć kolejne klatki.

Lair była bardzo zadowolona ze mnie, że tak dobrze pracowałam i skończyłyśmy o 12, że po lunchu nie miała już zadań dla mnie. Przechwyciła mnie Rose, ale nie na długo, bo George – weterynarz zapytał czy mogłabym mu pomóc w leczeniu leniwca (o czym w innym wpisie). Potem poszliśmy jeszcze na spacer. Pokazał mi jelenia bagiennego, odwiedziliśmy pumę Afrodite. Ona zawsze przychodzi do siatki, żeby ją głaskać. George włożył jej rękę do buzi, a ta go lizała. Ciekawe czy ja też zdołam się z nią tak zaprzyjaźnić.

Patronem medialnym projektu jest National Geographic Traveler.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.