Droga śmierci

To była długa i wyczerpująca podróż. Pobudka o 4.40 rano. Lot z dwoma przesiadkami, bagaż mogłam nadać do końca trasy, ale kartę pokładową dostałam tylko do Amsterdamu. Tam w automacie wydrukowałam nową- do Limy.  Ponad 12-godzinny lot z niemiłym personelem był męczarnią. Jak ja tęsknię za innymi liniami, gdzie stewardessy się uśmiechają i pomagają jak tylko mogą. W KLMie nie mogłam liczyć na nic. Jak podczas snu  spadła mi poduszka, to gdzieś przepadła, jak się zepsuły słuchawki, to nie było nowych, stewardessa, która przechodząc cały czas mnie stukała i szturchała, ani razu nie powiedziała przepraszam, a każdą moją prośbę zbywała przewracając oczami. Na szczęście większość podróży przespałam. Na lotnisku w Limie miałam 6 godzin postoju. Przez pierwsze pół godziny zwiedziłam cały terminal, przez następne pół godziny pokręciłam się po trzech sklepach na krzyż, zjadłam coś, a przez resztę czasu czytałam. Był środek nocy i było mi zimno, więc nałożyłam sweterek, a na niego bluzę. W końcu po czterogodzinnym locie dotarłam do La Paz. Rozkminiłam też jakim cudem lot z Limy do La Paz miał trwać 4 godziny, a z powrotem tylko 2. W pierwszą stronę lecieliśmy z międzylądowaniem w Santa Cruz, w drugą bez przystanków.

Do stolicy Boliwii dotarłam nieco po 6 rano. Z lotniska w La Paz miał odebrać mnie Jesus. Miałam nadzieję, że na mnie zaczeka, bo czekałam i czekałam na bagaż. Tymczasem ten nie doleciał. Zagubił się gdzieś w Limie i musiałam wypełniać milion papierków. I co z tego, że na wszystkich lotniskach dopytywałam się o moją walizkę czy na pewno ze mną leci i doleci tam gdzie trzeba. Jak wyszłam Jesusa nie było, co mnie trochę zestresowało. W końcu się pojawił. Poszliśmy wybrać pieniądze, ale bankomat nie chciał mi nic wydać. To mnie jeszcze bardziej zestresowało. Wymieniłam wszystkie dolary, jakie przywiozłam. Spokojnie wystarczało na zapłacenie za wolontariat i na colę przez miesiąc. Co do reszty podróży postanowiłam zastosować maksymę  Scarlett O’Hary i „pomyśleć o tym jutro”. Później okazało się, że jednorazowo z bankomatu można wypłacić maksymalnie 500 bolivianos, ale można wypłacać wiele razy.

W La Paz było strasznie zimno. Byłam w szoku, bo sprawdzałam pogodę w Coroico (największej miejscowości niedaleko od La Senda Verde, do którego jechałam) i miało być ciepło. Jesus uspokoił mnie, że na miejscu tak będzie.

Do centrum miasta nie wjeżdżaliśmy, to miałam zobaczyć po wolontariacie. Przejechaliśmy przez kilka małych uliczek, gdzie mogłam zobaczyć Panie w tradycyjnych strojach i kapelusikach. Uwielbiam je. Podobno na święta, te bogatsze ubierają na siebie mnóstwo złota: kolczyki, ozdoby, wisiorki.

Co mnie zmartwiło na ulicach było mnóstwo psów. Myślałam, że są bezdomne, ale Jesus wyjaśnił mi, że wszystkie mają właścicieli, tylko biegają, gdzie chcą. To mnie uspokoiło. Po drodze zatrzymaliśmy się przy ulicznych straganach i kupiliśmy choclo con queso, czyli białą kukurydzę z serem. Pyszności. Ma ona większe ziarenka i trochę inaczej smakuje od żółtej, którą znamy w Polsce.

Podróż do położonego niedaleko Coroico ośrodka La Senda Verde zajęła nam ponad 3 godziny. Jechaliśmy tak zwaną „Drogą śmierci”, która została okrzyknięta najbardziej niebezpieczną drogą na świecie. Wybudowali ją paragwajscy więźniowie w 1930 roku. Ta 64 km droga  prowadząca z La Paz do Coroico zaczyna się na wysokości 4700 m npm, a  kończy na 1100 m npm. Ja zachwycałam się przepięknymi widokami, nie bardzo zważając na fakt, że od nawet 600 metrowych urwisk nie oddzielają nas żadne barierki ochronne. Od 2006 roku samochody nie jeżdżą już po najbardziej niebezpiecznym odcinku, omijając go asfaltową szosą z Chusquipaty do Yolosy. Ten fragment był chwilowo zamknięty. Jesus stresował się jechać starą drogą, więc czekaliśmy i czekaliśmy. Ponieważ nic nie wskazywało na to, że się doczekamy, w końcu zdecydował, że pojedziemy jedną z najbardziej niebezpiecznych dróg świata. I tak wjechaliśmy na szutrową, stromą, krętą drogę. Dla mnie bomba, Jesusowi leciały strużki potu z czoła, tak się biedny stresował. Najgorzej było na zakrętach. Trąbiliśmy, żeby jadące z naprzeciwka samochody mogły nas usłyszeć, bo w tumanie kurzu i przy ostrym zakręcie nie było szans, żeby nas zobaczyły, a na drodze nie bardzo było miejsce, żeby bez szwanku minęły się dwa samochody (w niektórych miejscach szerokość jej wynosi zaledwie 3 m). Niekiedy mijaliśmy krzyże – to miejsca, w których zginęli ludzie. My na szczęście cali i zdrowi dotarliśmy do ośrodka.

Patronem medialnym projektu jest National Geographic Traveler.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.