Dubaj pustynne safari

Cieszyłam się jak dziecko, że pierwszy raz w życiu zobaczę prawdziwą pustynię, że pojeżdżę sobie na niej na wielbłądzie i posmakuję tradycyjnych potraw. Tymczasem wycieczka okazała się mega komercyjną.

W ofercie napisano o tradycyjnym arabskim powitaniu, obozowisku przywołującym klimat jak z Księgi tysiąca i jednej nocy, beduińskim namiocie i krótkiej przejażdżce na wielbłądzie. Było też o malowaniu dłoń henną i sziszy. Skusiłam się.

Równo o 3 po południu czekałam w hotelu na kierowcę, który przyjechał po mnie jeepem. Zaczynało się bardzo fajnie, do momentu, kiedy się odezwał i uświadomił mi, że nie jest to kilkuosobowa wycieczka, tylko takich jeepów jak nasz będzie kilkadziesiąt, a na całej imprezie organizatorzy spodziewają się 370 osób.

Zajechaliśmy pod następny hotel, skąd odebraliśmy dwie Niemki, z którymi podczas całej wyprawy nie zamieniłam ani słowa oraz dwoje Australijczyków, a dokładniej mówić mieszkającą w Australii Irlandkę z synem, z którymi spędziłam cały wieczór. Nasz przewodnik był Hindusem i trajkotał jak najęty. Dla niego był to biznes i chciał dostać jak największy napiwek, o czym nie omieszkał nam wspomnieć. Dlatego wręcz domagał się od nas pytań. Podobnie dla mnie jak i dla Australijczyków było to raczej denerwujące niż fajne. Zamiast spokojnie opowiedzieć nam co się wydarzy, ten wytrajkotał wszystko tak szybko, że jak doszedł do końca nikt już nie pamiętał o czym mówił na początku. Dla mnie najważniejsze było, żeby się nie zgubić. Zapisałam więc sobie jego imię i numery samochodu. Jak się okazało połowa aut była identyczna. Druga połowa była z innej firmy.

Wyszukaj bilety lotnicze do Dubaju – CenterFly.pl

Kiedy zbliżaliśmy się do pustyni, nie dość, że zaczynała się burza piaskowa, to jeszcze zaczęło padać. Cały nasz wieczór został zagrożony. Tzn. kolację przenieśliby pod dach, ale musielibyśmy zrezygnować z niektórych atrakcji takich jak jeżdżenie na wielbłądach (wtedy jeszcze naiwnie wierzyłam, że to będzie prawdziwa przejażdżka).

Na szczęście kiedy dojechaliśmy na miejsce rozpogodziło się i gdyby nie to, że piasek, na którym mieliśmy usiąść podczas przedstawienia z sokołem, o czym w odrębnym wpisie, był mokry, po deszczu nie byłoby śladu. Kolejną atrakcją było jeżdżenie jeepami po wydmach pustyni. Jechaliśmy w kolumnie samochodów. Chciałam mieć dobry widok, więc siedziałam na miejscu obok kierowcy i trochę żałowałam, bo najlepszą zabawę miały Niemki, które siadły na samym końcu. Było sympatycznie, ale szczerze przyznam, to nie było najbardziej ekscytujące jeżdżenie samochodem terenowym w moim życiu.

Jeden z samochodów zarył się w wydmie, blokując jednocześnie wyznaczoną trasę i trzeba było znaleźć nową drogę. Cieszyłam się, bo akurat padło na nas i mogliśmy jechać jako pierwsi wyznaczając trasę dla innych, ale nasz kierowca się bał takiej odpowiedzialności i czekaliśmy na kogoś, kto podołał temu wyzwaniu.

Dojechaliśmy na miejsce, gdzie zamiast krzeseł mieliśmy poduchy i niskie stoły. Poszłam przejść się po kompleksie. Minęłam stoisko, na którym można było spróbować mleka wielbłądów, kierując się w stronę wielbłądów. Jakiż był mój zawód, gdy okazało się, że nie będę na nim swobodnie jechała (galopowała), tylko Pan mnie będzie prowadził. Próbowałam go namówić, ale oni tutaj są zastraszeni, a  prawo jest bardzo rygorystyczne. W duchu modliłam się więc, żeby mój wielbłąd się czegoś przestraszył i sam zaczął galopować, szeptałam mu do uszka „run camel, run”, ale nic to nie dało. Pan mnie pochwalił, że mogłabym naprawdę na nim jeździć, ale co z tego, jak nadal chodziliśmy na sznurku. Żeby zrobić mi przyjemność zamiast jednego kółka zrobiliśmy pięć.

Tanie bilety do Dubaju na portalu PanSamolocik.pl

Kiedy wróciłam, okazało się, że mleko wielbłądów już się skończyło i byłam bardzo zawiedziona z tego powodu. Spróbowaliśmy z Australijczykami tradycyjnych potraw, a potem poszłam przejść się po ośrodku. Można było sobie zrobić (chyba za 100 USD) zdjęcia w stroju arabskim, hennę na dłoniach, spróbować sziszy czy tradycyjnej kawy arabskiej. Dalej stał Pan, który robił w szklanych naczyniach widoczki z piasku. Jak się dowiedziałam zajmował się tym od 10 lat. I znalazłam stoisko, na którym można było kupić wyroby z mleka wielbłądziego. Niestety nie można było płacić kartą. Oczywiście kupiłam buteleczkę mleka i czekoladki. Degustację przeprowadziliśmy z Australijczykami. Mleko nie było najlepsze, za to czekoladki były przepyszne.

Na koniec jeszcze obejrzeliśmy występ tancerki i wróciliśmy do hoteli. Po drodze mijaliśmy jadących na wielbłądach panów, więc jeszcze spróbowałam namówić naszego kierowcę, żeby się zatrzymał, żebym mogła choć kawałek sama przejechać, ale to jest zabronione.

Nasz przewodnik zachwycał się przez resztę drogi Dubajem, jakie jest to wspaniałe miasto, a Australijka zadawała trudne pytania. Trochę mu się nie dziwię, jak mi na koniec przyznał zarabiał tu 4-5 razy tyle, ile mógł zarobić w Indiach. Ze swojej pensji utrzymywał całą swoją rodzinę: siostrę i rodziców. Kiedy zapytałyśmy go o czas wolny, odparł, że odpoczywa. On nawet w swoim słowniku nie ma słowa hobby czy przyjemność. Większość czasu spędza w pracy, czasem pójdzie na siłownię czy plażę.

Patronem medialnym projektu jest National Geographic Traveler.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.