Dzikie lamparty

Tym razem w ośrodku mieliśmy dużo lampartów. Poza Fagonem i Delailah, które znałam z zeszłego roku, w Moholoholo tymczasowo przebywało jeszcze około pięciu innych lampartów. Jednego wypuściliśmy na wolność, o czym pisałam wcześniej; inny miał zranioną łapę i co kilka dni zmienialiśmy mu opatrunek. Mieliśmy osierocone dzikie rodzeństwo oraz lamparta z parku Kruger.

Po tego ostatniego przyjechał do nas weterynarz z Krugera, który uczynił ze mnie swoją asystentkę. Oboje nałożyliśmy jednorazowe rękawiczki. Najpierw uśpił lamparta i wynieśliśmy go na zewnątrz. Pobraliśmy mu krew. Kolejne moje zadanie było mniej wdzięczne, mianowicie miałam zbadać czy lampart nie ma kupy w odbycie. Nie miał. Następnie musiałam przynieść kupę i zapakować w rękawiczkę, w której ją trzymałam. Dostałam nawet pochwałę za dobrą pracęJ. Potem nałożyliśmy lampartowi obrożę monitorującą i zanieśliśmy do klatki do samochodu. Lampart wracał do parku Kruger. Ja zaś trzymam kciuki za niego, jego przyszłość bowiem stoi pod znakiem zapytania. Jest on podejrzewany o zabijanie bydła i jeśli się to potwierdzi, zostanie stracony. Mam nadzieję, że to nie był on i będzie mógł sobie żyć w spokoju na wolności. Niestety jest to kolejny przykład, który potwierdza, że zwierzętom na „wolności” nie zawsze jest lepiej.

Najgorszą jednak sytuacją jest dzikie zwierzę zmuszone do życia w niewoli. Kiedy osierocone maleństwa trafiają do ośrodków takich jak Moholoholo, jest mi ich szkoda. Jednak dostają one dużo miłości i opiekę. Najgorzej jest, kiedy są zbyt duże, żeby je oswoić, a zbyt młode, żeby po kuracji/rehabilitacji można wypuścić je na wolność. Takie zwierzęta bardzo się stresują w zamknięciu, a mnie łamie się serce, kiedy na nie patrzę. Mieliśmy taką sytuację z osieroconym ok. ośmiomiesięcznym rodzeństwem. Kiedy przyszliśmy posprzątać u nich w zagrodzie lamparcica rzucała się na siatkę.Jeden z wolontariuszy zadowolony z takiego obrotu sprawy, nagrywał całe zdarzenie. Ja zaś zaczęłam mówić do niej uspokajającym głosem. „Już dobrze, nie trzeba się denerwować, spokojnie”. Było mi jej żal, że się tak stresuje. Mój głos podziałał, zwierzę uspokoiło się. Odetchnęłam z ulgą, a wolontariusz i pracownica ośrodka wymienili się spojrzeniami, które zdawały się mówić: „ale o co chodzi?”. Mówiłam jak zwykle po polsku, więc oni nie zrozumieli ani słowa.

 

 

Innego dnia uśpiliśmy je, żeby przenieść je do ładniejszej klatki. Z samcem było łatwiej, samica nie chciała zasnąć. W końcu się udało. Zakryliśmy jej oczy białym ręcznikiem, położyliśmy na zieloną matę i przenieśliśmy do nowej zagrody. Mam nadzieję, że tam będzie im lepiej. Brian chce, żeby przyzwyczaiły się do ludzi, co powinno zmniejszyć ich stres. Mam nadzieję, że się uda, bo bardzo mi szkoda tych lampartów.

Ich nowa klatka znajdowała się niedaleko Fagona i Delailah, czyli dwóch dorosłych lampartów, które od lat przebywały w  Moholoholo. Oba były bardzo łagodne i przychodziły do mnie do ogrodzenia, żebym je pogłaskała. Kiedyś jak poszliśmy posprzątać w ich zagrodzie. Najpierw musieliśmy je zamknąć w sąsiedniej klatce. I tak pracownica ośrodka wołała je, a one stały przy mnie, kiedy ja się ruszyłam podążyły za mną. Moje kochane. Przy okazji je trochę pogłaskałam i poszłam sprzątać.

Potem poszliśmy opatrzeć lamparta, który miał zranioną łapę i nie miał jednego palca. Rana nie chciała się goić. Najpierw Brian go usypiał, a potem wolontariusze wchodzili do klatki, kładliśmy go na zieloną matę i wynosiliśmy na zewnątrz. Często zapuszczałam mu kropelki do oczu, żeby nie oślepł. Poza tym sprawdzaliśmy jego oddech i co jakiś czas zmienialiśmy stronę na której leżał. Potem zanosiliśmy do świeżo przygotowanej klatki, a tą, w której wcześniej przebywał solidnie sprzątaliśmy. Któregoś razu zamoczył cały opatrunek. Nikita, która go zmieniała, nie mogła osuszyć rany. Trzeba było się spieszyć, bo lampart mógł się wybudzić. Pobiegłam po swoją suszarkę (byłam chyba jedyną osobą posiadająca suszarkę) i tak udało nam się wysuszyć łapkę lamparta, nałożyć nowy opatrunek i zanieść go z powrotem do klatki zanim się wybudził. Brian, manager ośrodka, powiedział mi potem, że uratowałam dzień.

Patronem medialnym projektu jest National Geographic Traveler.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.