Największa piaskowa wyspa na świecie, Fraser Island

„K’ghari” (raj) – tak aborygeni nazywali swoją wyspę. W maju 1770 roku przypłynął do brzegów nieznanego wówczas reszcie świata lądu statek kapitana Jamesa Cooka. Później wyspa została nazwana na cześć jego żony Elizy Fraser.

Wyobrażałam sobie niekończącą się plażę, bowiem Fraser Island to największa piaskowa wyspa na świecie. Ma 123 km długości (różne źródła podają inaczej, od 122-128 km) i 15 km szerokości i nazywana jest rajem na ziemi.

W piątek wieczorem pojechałyśmy do oddalonej o niespełna 2 godziny jazdy samochodem Noosy, żeby w sobotę z rana pojechać na Fraser Island. Wybrałyśmy się z wycieczką, bo żeby wjechać na wyspę nie wystarczy samochód z napędem na cztery koła, ale niezbędne jest też pozwolenie na wjazd. Podobno na wyspę wpuszczają ograniczoną liczbę samochodów, a chętnych nie brakuje. My zaś mogłyśmy tylko w weekend (kiedy jest najwięcej turystów), bo w tygodniu odbywam wolontariat w Lone Pine Koala Sanctuary.

Czytałam gdzieś, że rocznie na wyspę wjeżdża 20 tys. pojazdów, co dawałoby jakieś 55 aut dziennie.

Myślałam, że będziemy jeździć takim fajnym terenowym samochodem, tymczasem odebrała nas zielona ciężarówa 4WD. Byłyśmy pierwsze, więc zajęłyśmy strategiczne miejsca z przodu, żeby mieć lepsze widoki. W sumie było nas ok. 15 osób.

Najpierw ok. 2 godzin jechaliśmy do „portu”, potem 20 minut płynęliśmy promem, a następnie jakiś czas jechaliśmy przez plażę. Osobiście wolę małe plaże, a nie takie, po których jeżdżą samochody. Mogliśmy na chwilę wysiąść. Piasek był tak ubity, że w zasadzie miało się wrażenie, jakby się chodziło po ziemi, a nie po plaży. Wyglądało to jakby ktoś zbił i uprasował piasek, w wyniku czego powstała75 milowa autostrada przez plażę,  po której przejechała niejedna „ciężarówa” zostawiając ślady swoich opon. Nie wyobrażam sobie rozłożyć tu ręczniczka, żeby cieszyć się słońcem i zrelaksować. To jedno z tych miejsc, które lepiej wyglądają na zdjęciach niż w rzeczywistości. Przynajmniej takie jest moje zdanie.

Na chwilę wysiedliśmy z ciężarówki. Plaża ciągnie się po horyzont. Potem pojechaliśmy w stronę lasu. Piaski te bowiem porastają lasy tropikalne, co czyni tę wyspę jedyną taką na świecie. W środku niej znajdują się słodkowodne jeziora wydmowe. Pojechaliśmy nad jedno z takich jezior. W końcu pozwolili nam na dłużej wysiąść z ciężarówy. Mieliśmy godzinkę na kąpiel, a potem wspólnie zjedliśmy lunch. Jezioro McKenzie miało powalić mnie z nóg, ale się nie udało. Nasz przewodnik zachwycał się tym, jakie jest ono przejrzyste i że nie ma takiego drugiego na świecie. Miał być to „najpiękniejszy basen świata”.  Jeśli mam być szczera, widziałam bardziej przejrzyste wody i takie, które zrobiły na mnie większe wrażenie. Do jeziorka szło się przez taki las. Sieć dróżek prowadziła do kolejnych małych, wąskich plaż. Trzeba przyznać, że były urokliwe.

Potem znowu jechaliśmy, jechaliśmy i jechaliśmy przez las deszczowy, aż pozwolili nam wysiąść. Wanggoolba Creek podobało mi się najbardziej z całej wycieczki. Szkoda tylko, że mieliśmy tam tak mało wolnego czasu. Kawałek przeszliśmy z przewodnikiem, a potem mieliśmy jeszcze 20 minut dla siebie, czyli 10 minut na spacerek w jedną stronę i 10 minut na drogę powrotną. Las był przepiękny. Szkoda tylko, że byliśmy w nim tak krótko. Co za kolory, co za zieleń. Niektóre drzewa były tak wysokie, że miało się wrażenie, że sięgają nieba, inne są takie śmieszne o małym obwodzie pni i wiją się w różne strony. Wiele drzew było przewalonych. Miało się wrażenie, jakby huragan tędy przeszedł i zostawił po sobie bałagan.

Mimo, że na wyspie jest cała masa informacji, że trzeba uważać na dingo, widziałyśmy tylko jednego. Spokojnie leżał sobie, niedaleko jakiegoś rybaka. Fraser Island to jedno z nielicznych miejsc w Australii, gdzie nadal można spotkać czystej rasy dingo. Dlatego na wyspie nie można trzymać psów.

Więcej szczęścia miałyśmy do kangurów. W drodze powrotnej te kilkukrotnie przebiegały, a raczej przeskakiwały przez jezdnię. Widziałam jak jeden przeskoczył nawet takie ogrodzenie z siatki.

Wycieczka ogólnie średnio mi się podobała, bo była strasznie monotonna, a momentami wręcz nudna. Jeepami byłoby szybciej i pewnie mogłyśmy więcej zobaczyć, ale kto to wiedział. Nie zobaczyliśmy też wraków statków, które strasznie chciałam obejrzeć. Być może jak się tu przyjeżdża na dłużej można je zobaczyć, albo jak program jest inaczej skonstruowany. Jednak trzeba przyznać, że Australia ma przepiękne, intensywne kolory, które nie przestają mnie zachwycać.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.