Góra egzekucji i mrożące krew w żyłach przygody

Kiedy jechaliśmy po głazach, mój koń potknął się i zaczął się wywracać. Nie wiedziałam czy lepiej się na nim utrzymać, czy z niego zeskoczyć, żeby przy ewentualnym upadku mnie nie przygniótł. To był dzień pełen mocnych wrażeń.

Cały dzisiejszy dzień spędzimy w siodłach, podziwiając krajobrazy Mlilwane Wildlife Sanctuary. W recepcji parku spotykamy się z naszym przewodnikiem – Mają. Wybieramy odpowiednie toczki i idziemy dosiąść koni. Chłopaki dostają brązowe klacze,ja białego ogiera Huckleberrego. Spędzimy ze sobą niemal dobę, więc mam nadzieję, że się zaprzyjaźnimy. Miałam nadzieję na podobne wrażenia jak z wycieczki konnej w Meksyku, tymczasem tym razem na ogół się wlekliśmy. Krajobrazy były przepiękne i było co podziwiać, ale momentami chętnie wrzuciłabym piąty bieg, choćby trzeciJ. Trochę pokłusowaliśmy, ja nawet zaczęłam galopować, niestety nasz przewodnik po chwili zwolnił i mało mój koń nie wjechał jego koniowi w tyłek i to dosłownie. No cóż tyle było mojej radości.

Były momenty, kiedy robiło się niebezpiecznie. W pewnym momencie musieliśmy przejść przez stromą, śliską skałę, żeby zostawić konie na odpoczynek, a sami udaliśmy się na lunch na Górę Egzekucji mającą 1110 m wysokości. W dawnych czasach przyprowadzano tu zbrodniarzy i spychano z góry.

Oczywiście nie mieli żadnych szans, ale przynajmniej mieli przepiękny ostatni widok. Potem wprowadzili instytucje kata, a następnie król stwierdził, że jeśli za zabicie grozi kara śmierci, to należałoby też zabić kata, w ten sposób nikt by nie przetrwał i zniósł karę śmierci.

Kiedy wdrapaliśmy się na górę, stanęłam w miejscu, z którego zrzucano zbrodniarzy. Widok  - niesamowity. Przepiękne miejsce, szkoda tylko, że z tak smutną historią.

Dostaliśmy kanapki, wodę, soczek i jabłuszko. Po posiłku i krótkim odpoczynku, wróciliśmy po konie. Znowu musieliśmy przeprowadzić je po tej śliskiej skale. Mój zamiast grzecznie iść za mną, zaczął iść koło mnie, a w zasadzie nade mną. Do tego się poślizgnął i zaczął ześlizgiwać się na mnie. Nie było żadnych barierę, a na dole przepaść. Przepaść, w którą się osuwaliśmy. Przyspieszyłam kroku i pociągnęłam konia za sobą, udało się go utrzymać i przeszliśmy bez szwanku.

Nie wiem czy wspomniałam, ale mój koń jest strasznym  żarłokiem, ciągle się zatrzymywał, żeby skubnąć trawki, potem się trochę zbuntowałam, bo to już było nie do zniesienia i mnie posłuchał. Na miejsce dojechaliśmy ok. 18. Zdjęliśmy koniom uprzęże, daliśmy im pić i jeść, a potem poszliśmy na miejscu naszego spoczynku. Zanim jednak mogliśmy odpocząć musieliśmy jeszcze wspiąć się na górę, w której mieściła się jaskinia – nasz dzisiejszy hotel, który opiszę w kolejnym wpisie.

Rano po śniadaniu wyruszyliśmy w dalszą podróż. Z konikiem faktycznie udało mi się zaprzyjaźnić. Niestety ciągle się potykał i ślizgał na kamieniach. Akurat jechaliśmy przez duże, śliskie głazy. Huckleberry znowu się potknął. Wcześniej musiałam tylko uważać, żeby nie spaść z niego. Tym razem sprawa była poważna, bo za on zaczął się wywracać. W ciągu sekund miliony myśli przebiegły mi przez głowę: Czy zastosować moją żelazną regułę: cokolwiek się dzieje, mam się utrzymać na koniu, czy w tym wypadku lepiej z niego zeskoczyć, bo jak upadnie, to przynajmniej mnie nie zgniecie. Już zgiął nogi, a jego klatka piersiowa już niemal dotknęła kamieni. Straciłam nadzieję, kiedy koń w ostatniej chwili zamiast się wywrócić pognał dalej. Widziałam strach w oczach przewodnika, który obserwował całą scenę. Jak zjechaliśmy z kamieni, powiedział do mnie „Przepraszam”. Było niemałą sztuką utrzymać się na tym biednym koniku, ale udało nam się i bez szwanku dotarliśmy do końca.

Ian natomiast spadł ze swojego konia. Na drodze leżała gałąź, my przez nią przeszliśmy i nagle słyszę huk. Nie wiem co się stało. Mój koń też chciał wyrwać, ale na szczęście szybko go uspokoiłam. Odwracam się, a Ian leży w krzakach. Na szczęście nic mu się nie stało, wsiadł na konia i pojechaliśmy dalej. Chwilę wcześniej zastanawiałam się czy czasem by się nie zamienić z nim na konie. Jak się domyślacie po jego upadku, już nie miałam ochoty na wymianę konia.

Koniec podróży okazał się najciekawszy. Na polanie przez którą przejeżdżaliśmy spotkaliśmy stado zebr, które biegły równolegle z nami. Coś niesamowitego. To oraz moment, kiedy galopowałam, to były najfajniejsze momenty podczas całej wycieczki.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.