Gośka jedzie na hiszpańskie wesele

Na ślub moich przyjaciół Mª José i Adriana zostałam zaproszona już dwa lata temu. Dwa miesiące przed ślubem dostałam piękne drewniane zaproszenie. W wyrytym z lewej strony sercu, wyryte zostały wizerunki Młodych, z prawej strony – wszelkie informacje o miejscu, dacie, numerach telefonów do Młodych itp. Jest to chyba najpiękniejsze zaproszenie ślubne, jakie widziałam.

Będzie to dla mnie niezwykłe przeżycie, bo jestem traktowana jak członek rodziny i będę się przygotowywała z Panną Młodą, jej siostrą i mamą.

O 9 rano poszłyśmy we cztery do fryzjera. Dwóch fryzjerów zadbało o nasze fryzury na ten wieczór. Moje włosy zostały upięte w hiszpański kok.

Po ok. godzinie doszła do nas make-upistka, która po kolei nas pomalowała. Od początku w salonie panował harmider, każdy coś mówił, śmiał się. Jak to Hiszpanie – głośni i weseli. Vicente (ojciec Panny Młodej) przyniósł nam kanapeczki i colę w puszkach.

Jak już wszystkie byłyśmy uczesane i umalowane, pojechałyśmy do domu. Najpierw same ubrałyśmy się w eleganckie suknie, a potem pomogłyśmy Pannie Młodej. Podobnie jak u nas powinna ona mieć na sobie coś nowego, pożyczonego i niebieskiego. Jeszcze dobrze nie skończyłyśmy, a pojawili się fotografowie i operator, żeby uwieczniać przygotowania do ślubu. Po godzinnej sesji zdjęciowej Panny Młodej, Panny Młodej z pieskiem, Panny Młodej z rodziną i ze mną, członków rodziny i mnie pojechaliśmy do Kościoła, ale o tym w kolejnym wpisie.

Na weselu ma być 250 osób. Poza mną sami Hiszpanie.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.