Historia niezwykłej przyjaźni

Będąc po raz pierwszy w Walencji bardzo zależało mi, żeby przebrać się za Fallerę. Byłam zafascynowana tą tradycją i urzekły mnie te przepiękne stroje. Niestety nigdzie nie mogłam znaleźć sklepu, w którym sprzedawaliby sukienki. Okazało się, że wszystkie są szyte na miarę, więc ew. na wystawie można jakąś zobaczyć, ale już nie przymierzyć. Fallery dobierają sobie materiał, wzór i dodatki. Każda suknia jest unikatowa.

W poszukiwaniu sukni zeszłam chyba całe miasto. Dwa dni przed wyjazdem całkiem przypadkiem idąc do szkoły językowej, do której chodziłam codziennie, poszłam troszeczkę inną drogą i patrzę, a na wystawie są zdjęcia Faller. Szybciutko weszłam do studia, żeby zapytać o cenę i możliwość zrobienia zdjęć. Ponieważ cena jednego zdjęcia (wliczony koszt sesji) była delikatnie mówiąc duża, wynegocjowałam jeszcze 4 zdjęcia zrobione swoim aparatem.

Najpierw poszłyśmy z Mª José do niedużego pokoju, w którym mieściła się przebieralnia i make upownia. Miałam do wyboru dwie suknie. Obie prześliczne, jednak ta ładniejsza trochę niedopinana mi się w biuście, więc musiałam zdecydować się na większą. Moją metamorfozę w Fallerę opiszę w osobnym wpisie.

Myślałam, że zrobią mi jedno zdjęcie i będzie po wszystkim, tymczasem to była prawdziwa sesja. Zrobili mi z setkę zdjęć: z wachlarzem w ręku, z dzbanem, w „welonie”. W studio byli Mª José, jej mąż Vicente i fotograf.  Vicente cały czas mnie rozśmieszał, atmosfera była super. Potem przeglądaliśmy wszystkie zdjęcia, w pierwszej selekcji odrzuciliśmy te najbrzydsze, potem były kolejne selekcje. W końcu zdecydowałam się na 2 wydrukowane i  kilka na płycie, a oni podarowali mi całą resztę zdjęć (tylko nieobrobionych), które zostały po ostatniej selekcji.

Vicente i Mª José poprosili mnie o namiary, gdyż chcieli kiedyś pojechać do Oświęcimia. Oczywiście dałam im maila i numer telefonu. Co prawda myślałam, że tak jak wszyscy, zapowiadają, że przyjadą, a potem nigdy nie przyjeżdżają. Jakież było moje zdziwienie, gdy niedługi czas po tym dostałam maila od Vicente czy pomogę zorganizować mu wakacje w Polsce (Warszawa, Kraków, Oświęcim). Przyjazd do Polski miał być jego prezentem – niespodzianką dla Mª José. Na krótko przed wyjazdem zdecydował jednak, że jej powie.

Na pierwsze spotkanie umówiliśmy się w hotelu. Trochę się stresowałam, po pierwsze nie wiedziałam czy ich rozpoznam, w końcu od naszego krótkiego spotkania w Walencji minął jakiś rok, poza tym prawie ich nie znałam, a mieliśmy ze sobą spędzić kilka dni. Miałam ich oprowadzić po Warszawie. Okazało się, że stres był niepotrzebny. Oni od razu mnie rozpoznali i byli przemili. Przyjechali z młodszą córką – Mª José hiją, która też chciała zobaczyć Polskę. Bardzo im się u nas podobało.

Podczas ich pobytu bardzo zżyłyśmy się z Mª José i potem byłyśmy kontakcie mailowym. Stała się jedną z moich najlepszych przyjaciółek, której mogłam zwierzyć się ze wszystkiego i w której zawsze miałam oparcie. Przesyłaliśmy sobie prezenty na gwiazdkę i urodziny, stali się dla mnie niemal tak bliscy jak rodzina. W Święta Bożego Narodzenia na naszym stole pojawiła się flaga i potrawy hiszpańskie. Im wysłałam opłatek i polskie specjały.

Jakieś dwa lata temu zaprosili mnie na ślub swojej młodszej córki „Mª José (dla odróżnienia od mamy, do jej imienia dodają słowo „córka” – hija) i tak oto wybieram się na ślub do Hiszpanii. Czuję się trochę jak członek rodziny, bo razem z panną młodą, jej siostrą i jej mamą będziemy się malowały, czesały, ubierały. Na przyjęciu weselnym ma być ponad 200 gości. Umieram z ciekawości.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.