Gośka wśród dzikich zwierząt

Moje dalsze przygody z pracy na wolontariacie z dzikimi zwierzętami możecie śledzić na mojej nowej stronie www.zdziechowska.pl i FB: 
https://www.facebook.com/polskadrdolittle
Na stronie będzie też wiele interesujących faktów i ciekawostek z życia dzikich zwierząt, zdjęcia i filmiki:)

Moja książka „Zwierzaki podróżniczki Gosi” dostępna jest w księgarniach oraz internecie m.in. 
https://publicat.pl/papilon/oferta/nauczanie-poczatkowe-6-9-lat/zwierzaki-podrozniczki-gosi-polska-doktor-dolittle

Wolontariat to nie tylko zwierzęta, to też wspaniali ludzie

Kiedy po przylocie wypatrywałam znajomych twarzy Jana i Rachel, nie zobaczyłam ich. Zamiast tego pojawił się Cody, nowy opiekun wolontariuszy. W Moholoholo pracuje od kilku lat, ale kiedy byłam tam ostatnim razem akurat był na dłuższym urlopie. Jan, ówczesny opiekun wolontariuszy, przeniósł się do innego ośrodka, a Rachel, opiekunkę zwierząt, spotkałam jak dotarliśmy na miejsce.

Po drodze z lotniska, do ośrodka zabraliśmy z miasta resztę wolontariuszy. Bardzo się ucieszyłam, bo wszyscy radośnie mnie przywitali i od razu zaczęliśmy rozmawiać.

Kiedy dotarliśmy na miejsce, wszyscy pracownicy ośrodka (przewodnicy, panie, które sprzątały itd.) witali mnie radośnie. Było mi niezmiernie miło, bo wszyscy pamiętali moje imię. W ośrodkach takich przewija się mnóstwo wolontariuszy i pracownikom ciężko spamiętać wszystkich. Dlatego tak się cieszyłam, że wszyscy mnie pamiętają. Nawet osoby, z  którymi mało miałam do czynienia. Jednak największym zaskoczeniem było dla mnie to co zrobił Patrick, jeden z pracowników, którego znałam trochę lepiej, bo ostatnim razem często rozmawialiśmy jak niańczyłam Oliwię i czasem jeździł z nami na kolację. Kiedyś w drodze do restauracji siedział koło mnie i koniecznie chciał się nauczyć mojego imienia i nazwiska, które dla obcokrajowca jest dosyć trudne do wymówienia. Potem chodził i w kółko je powtarzał. W życiu nie sądziłam, że po roku nadal bezbłędnie będzie pamiętał moje pełne imię i nazwisko, tak więc, kiedy przywitał mnie mówiąc Małgorzata Zdziechowska, byłam w niezłym szoku.  Poza tym uwielbiam przewodników Oscara i Moisesa, którzy są przesympatyczni. Oscar zawsze mnie rozśmieszał. Wspaniała jest także Nikita, opiekunka zwierząt.

Z wolontariuszy najbardziej zaprzyjaźniłam się z Naną, Fran oraz szwajcarską rodzinką. Dziewczyny kochały zwierzęta. Fran opiekowała się szakalami i czasami jej pomagałam, a z Naną początkowo wspólnie opiekowałyśmy się naszą sówkę, zanim przejęłam wszystkie obowiązki. Poza tym chodziłyśmy czasem razem, żeby pobawić się ze zwierzakami i porobić zdjęcia. Ta wspaniała dziewczyna miała bardzo dobre serce i kochała zwierzaki.

Co do szwajcarskiej rodzinki to szybko stałam się ich fanką. Sandra (mama) zawsze się śmiała. Zarówno ona jak i jej mąż są nauczycielami. Raz na 10 czy 20 lat mogą wziąć długi, kilkumiesięczny dodatkowy urlop. Postanowili go wykorzystać na wyjazd do Afryki, gdzie trochę pracowali w szkole, a na trochę przyjechali do Moholoholo. Mieli trzech wspaniałych synów:  8 – letniego Giuliego, 9 – letniego Gino i 11 – letniego Gona. Chłopcy byli bardzo dobrze wychowani i ciężko pracowali, co wszystkich wprawiało w zachwyt. Chłopcy troszeczkę mówili po angielsku, ale na szczęście „ciocia Gosia” zna niemiecki:) .

Byłam wielką fanką Giuliego, na którego twarzy malowały się wszystkie emocje. Człowiek patrząc na niego, miał wrażenie jakby był w teatrze. Gino był prawdziwym gentelmanem. Podczas otwarcia muzeum jak dziewczyny (dwie pracownice ośrodka i wolontariuszka) siedziały na dwóch krzesełkach, Gino przyniósł krzesło, żeby każda miała własne. Jak jedliśmy pytał mnie czy przynieść mi np. kawy, albo ciastko. Natomiast Gon był najprzystojniejszy. Kiedy będzie trochę starszy wszystkie dziewczyny będą się za nim oglądały.

Jestem przekonana, że z wieloma osobami pozostanę w kontakcie na długo.

Patronem medialnym projektu jest National Geographic Traveler.

Najpiękniejsze momenty z wolontariatu- video

Jedno słowo: miłość. Jedno zdanie: Warto pomagać. 7 wolontariatów na 4 kontynentach; w słońcu i deszczu, ciężka praca fizyczna i chwile takie jak te, bo miłość nie zna granic. Criadouro Onca Pintada w Brazylii; Cheetah Experience w RPA: La Senda Verde w Boliwii, Moholoholo Rehabilitaton Centre w RPA; Lone Pine Koala Sanctuary w Australii; ośrodek dla pand w Chinach i drapieżników w RPA.

Patronem medialnym projektu jest National Geographic Traveler.

Miodowy miś

Najpierw zobaczyłam jej wielkie oczy, potem śliczny pyszczek. Jeszcze było dla niej za wcześnie, dlatego nie miała ochoty opuszczać swojego drewnianego domku. Chciałam ją skusić do wyjścia na zewnątrz bananem, ale Kinka wyciągnęła tylko łapeczkę i paznokciami chwyciła owoc. Kiedy jadła zobaczyłam jej długi, różowy język.

Kinka przez pierwsze pięć miesięcy swojego życia była zwierzątkiem domowym. Pewna kobieta kupiła ją na rynku w Palos Blancos, a potem podarowała ją mechanikowi. Ponieważ ten pracował do późna i nie mógł zająć się kinkażu, oddał je do La Senda Verde. I tak w sierpniu 2013r. Kinka znalazła nowy dom w tym boliwijskim sierocińcu. Niestety nie miałam wielu okazji, by ją odwiedzać, bo jest to zwierzątko nocne, a jej pory karmienia wypadały w tym samym czasie, co posiłki naszych ptaków lub niedźwiedzi. Zawsze jednak cieszyłam się z wizyty u Kinki. Była przezabawnym, uroczym stworzonkiem, ale potrzebowała chwili, żeby się z kimś zaprzyjaźnić.

Za pierwszym razem, kiedy u niej byłam, chwilę zajęło mi namówienie jej, żeby wyszła z klatki. Skusiliśmy ją serkiem białym, który położyliśmy poza zasięgiem jej łapeczek. Żeby zdobyć przysmak Kinka musiała wyjść z domku. Ze swojej dziubli skoczyła na gałąź. Trzymała na niej dwie przednie łapy, a ciało sztywno zawisło w  powietrzu. Przez chwilę trwała w takiej pozycji, po czym weszła na gałąź. Kiedy zjadła serek, przystąpiła do poznawania mnie. Wskoczyła mi na ramiona, a przednie łapki oparła o głowę. Potem ni to lizała, ni to podgryzała mnie w uszy. Myślę, że mnie polubiła, bo jak przyszłam następnego razu, jak mnie tylko usłyszała, wyszła do mnie i skoczyła w moje ramiona.

Swoim długim na ok. 13 cm językiem badała moje usta (musiałam je mocno zaciskać, żeby nie dostał się do środka), dziurki w nosie, uszy, przy oku ją powtrzymałam. Kinka była urocza i kochana. Chodziła sobie po mnie, a ja ją głaskałam. Potem przyszedł czas na zabawę. Jak się okazało, była bardzo rozrywkowa. Wszystko ją interesowało: plastikowa butelka z wodą, moja kamerka itd. Jednocześnie, gdy próbowałam zabrać jej kamerkę z morki, gryzła tylko przedmiot, bardzo uważając przy tym, by nie zranić mnie w palec.

Nazywany też miodowym misiem, kinkażu, drapieżny ssak z rodziny szopowatych, jest małym, długim zwierzątkiem. Waży od 1,5-4,5kg. Jego długość może sięgać nawet 76 cm. Sam ogon ma długość 39-57 cm. To żółte lub brązowo-szare zwierzątko ma stosunkowo duże, wyłupiaste oczy i ogromne pazury. Mocny, chwytny ogon oraz silne łapy ułatwiają mu zwinnie poruszanie się po drzewach.  Są to zwierzątka nocne i roślinożerne. Żywią się owocami, miodem, jajkami małych ptaków i ich pisklętami.  Po trwającej 112-118 dni ciąży na świat przychodzi z reguły jedno młode. W niewoli mogą żyć do 23 lat.

Kinkażu wydaje dużo różnych dźwięków od pisków, chrząknięć, gwizdów, przez zawodzenie, aż po szczekanie. W ten sposób samice wzbudza zainteresowanie samca, czy ostrzega inne osobniki przez drapieżnikami.

Patronem medialnym projektu jest National Geographic Traveler.

Sprzątanie, karmienie, niańczenie, czyli codzienne życie wolontariusza

Normalnie dzień zaczynamy o 7, chyba, że akurat na nas wypadła pora na sprzątanie ptaszarni. Każda grupa ma dyżur co cztery dni. Trzeba zmienić ptakom wodę, karmę (w dwóch miseczkach dajemy suchą karmę zmieszaną z wodą, na dwie pozostałe rozdzielamy sześć startych jabłek, papaję i dwa banany oraz suplement diety). Na dwóch stołach sprzątamy resztki białych i czerwonych ziaren i wysypujemy nowe, sprzątamy kuchnię, wyrzucamy śmieci.

Codziennie obowiązki zaczynamy o 7 rano. Podzieleni jesteśmy na cztery grupy. Każda zajmuje się innymi zwierzętami. My pod swoimi skrzydłami mamy klatkę z sępami, sóweczki i cztery miodożery (Stoffel’a i Hammy, Guinnessa oraz Athenę, która miała dzieciątko). Zmieniamy jeszcze wodę dzikim psom. Inni wolontariusze opiekują się serwalami, karakalem, dziećmi buszu – inaczej mówiąc galago karłowatymi, ptakami itd.

Kiedy skończymy nasze zajęcia zaczynamy sprzątać klinikę. Wszystkie powierzchnie muszą być przetarte, okna umyte, pranie wyniesione do pralni. Uzupełniamy mydło i płyny, czyścimy pokój mięsny, myjemy podłogę, ławki pod kliniką oraz zamiatamy liście przed kliniką.

O 8.30 idziemy przez lasek na śniadanie. Spacerek trwa ok. 10 minut. Wracamy na 10. Wtedy zaczynają się duże prace grupowe. W poniedziałki mamy duże sprzątanie, w inne dni omawiamy zadania po śniadaniu. Na ogół mniej więcej do 12 sprzątamy klatki, w których dostają jedzenie lwy, lamparty i gepardy, albo ich zagrody. Sprzątanie klatek jest proste: zabieramy pozostałości jedzenia i kości (jeśli takie są), polewamy metalową podłogę wodę i sypiemy proszek czyszczący, szczotką na kiju czyścimy, a potem zmywamy wiadrami wody.

Sprzątanie zagród to: zbieranie kup, czyszczenie platform, czyszczenie misek i zmienianie wody. Na ok. 10 osób mamy kilka zagród czy klatek, więc praca idzie bardzo sprawnie. Moim zdaniem nie jest to zbyt męczące, zwłaszcza jak porównuję to z innymi wolontariatami. Ok. 12.15 – 12.30 jedna grupa idzie po lunch. Ok. 13 jemy. Mamy całkiem sporo wolnego czasu, bowiem zajęcia zaczynamy o 14 lub 16, w zależności od tego czy jest coś do roboty, czy nie.

O 16 zaczynamy sprzątać w grupach i karmić nasze zwierzęta. O 19 jedziemy na kolację. Niektórzy mają jeszcze karmienie przed kolacją. Poza tym przez cały dzień (poza przerwą na śniadanie) od 7 rano do 17.30 na zmiany (jedna trwa półtorej godziny) niańczymy nosorożca Oliwię. Codziennie zapisuję się na dyżur. Na ogół w godzinach, w których nie ma nic innego do roboty.

Niedziela ma być z założenia relaksująca, więc tylko karmimy nasze zwierzęta i sprzątamy im klatki i oczywiście niańczymy Oliwię. W ten dzień nie wykonujmy żadnych prac grupowych.

Często mamy też różne wycieczki. To najlżejszy wolontariat na jakim byłam.

Patronem medialnym projektu jest  National Geographic Traveler.