Gośka wśród dzikich zwierząt

Kiedyś jak zmieniałam wodę w zagrodzie u koali, to jedna (to była dziewczynka) przytknęła swój nos do mojego i się tak z zaciekawieniem na mnie patrzyła. To były najfajniejsze momenty na wolontariacie.

W tym roku na urodziny zrobiłam sobie wyjątkowy prezent – wyjazd do Australii i wolontariat w Lone Pine Koala Sanctuary. Kocham zwierzęta i chciałam z nimi trochę popracować, by lepiej je poznać. Nie wystarcza mi pojechać do parku dla zwierząt, strzelić kilka fotek i pojechać do domu. Początkowo trochę się obawiałam czy dam radę, czy mi się spodoba, ale już pierwszego dnia wolontariatu wiedziałam, że była to słuszna decyzja.

Jadąc do Australii przede wszystkim nastawiałam się na pracę z koalami, tymczasem moje serce podbiły kangury i dingo. Przyczyny były dwie – dingo były tylko trzy, więc łatwiej było się z nimi zaprzyjaźnić. Miałam z nimi do czynienia zawsze, kiedy pracowałam w sekcji ssaków. Kangury zaś żyły na otwartej przestrzeni i chodziłam do nich codziennie w przerwie na lunch, albo po pracy, tak więc miałam sporo czasu, żeby je poznać. Z kilkoma nawet się zaprzyjaźniłam. Zawsze do mnie przychodziły, głaskałam je, dawały buziaczki, karmiłam je. Nigdy w życiu nie sądziłam, że kangury są takie kochane. Miałam też możliwość zobaczenia nowo narodzonego kangura (wallaby), który łysy i ślepy mieszkał w worku mamy – opisałam to we wpisie kangurzątko:
http://swiatoczamigoski.blog.pl/kangurzatko/

Koali zaś było 130, więc ciągle trafiałam do innych klatek, poza tym nie było czasu na zabawę. Owszem pogłaskałam niejednego, a to przy prezentacji, a to, kiedy go trzymałam do zdjęcia, albo kiedy przyszedł do mnie kiedy wymieniałam liście eukaliptusa czy dolewałam wodę.

Turyści widzą tylko fragment życia tych zwierzaków, ja mogłam je obserwować stale: kiedy były w dobrym i złym humorze, kiedy jadły, spały, bawiły się itd. Większości osób koala kojarzą się z tym, że śpią. Fakt odpoczywają albo śpią przez 19 godzin dziennie, ale przez pozostałe 5 są całkiem aktywne. Ja zaś dokładnie wiedziałam, kiedy jest pora karmienia, kiedy jest czas na zabawę, a kiedy słodkiego spania. Wiedziałam też, w której klatce, kto mieszka i które z koali są najfajniejsze. Moją ulubienicą była mama koala, którą często obserwowałam jak np. chodziła po wybiegu z dzieciątkiem na plecach. Byli przesłodcy. Chociaż mama potrafiła pokazać pazurki i zaatakować innego koalę, jeśli siedział na gałęzi, którą ona sobie upodobała. Myślę, że czuła, że ją obserwuję. Czasem się tak na mnie patrzyła. Pewnego dnia, kiedy akurat chodziła po ziemi, ja miałam wyjąć stare gałęzie eukaliptusa z jej zagrody. Przez chwilę stałam rozmawiając z jednym z pracowników, a ona podeszła do mnie, przesunęłam się w bok, to ona zawróciła i znowu do mnie podeszła. Niestety ten pracownik zgarnął ją i wsadził z powrotem na drzewo. Filmik o mamie koali możecie zobaczyć na:
http://swiatoczamigoski.blog.pl/mama-koala-zobacz-video/

Jeśli chodzi zaś o pracę podczas wolontariatu, to w skrócie polega ona na sprzątaniu i przygotowywaniu jedzenia oraz karmieniu zwierzaków. Zawsze jest coś do zrobienia. Kiedy po przerwie na herbatę albo lunch czekałam w kuchni na swojego opiekuna, zabierałam się za zmywanie naczyń albo ich uporządkowanie. Czasem dostawałam jednorazowe zadania jak „wrzucenie” krabów, w zależności od ich rozmiarów, do odpowiednich pojemników z wodą; wybieranie liszek z ziemi itp. Osobiście wolałam sprzątać, bo wtedy byłam na dworze i przebywałam ze zwierzętami. W kuchni byłam zamknięta w klimatyzowanym pomieszczeniu i ciachałam warzywa, od czego tylko brudziły mi się paznokcie. Na szczęście mieli super mydło i wodę i mimo tego, że sto razy dziennie myłam ręce, nigdy nie miałam suchej skóry.

Na początku wszystko było nowe. Po dwóch dniach czułam się jak w domu, wiedziałam gdzie, co jest, jak przygotowywać jedzenie, na jakie kawałki kroi się owoce, dla których zwierząt. Kiedyś jak skończyłam właśnie zmywać górę naczyń, przyszła Sandy, popatrzyła na mnie i powiedziała: „Gośka, świetna robota”. Innym razem Liana powiedziała, że super wysprzątałam jakąś klatkę, albo podziękowała mi, że zostałam dłużej, żeby pomóc jej założyć pułapki na lisy. To były miłe momenty. Ja notorycznie zostawałam „po godzinach”, ale sprawiało mi to radość. Fakt, że robię coś pożytecznego dodawał mi skrzydeł, a możliwości przebywania z tymi cudownymi zwierzakami nie zamieniłabym na nic na świecie.

Także dingo  po jakimś czasie  zaczęły mnie rozpoznawać, bo zawsze jak przechodziłam koło nich, to do nich mówiłam, witałam się z nimi. W końcu zaczęły do mnie przybiegać, lizać mi ręce przez kraty, „odprowadzały” mnie, jak szłam poza ich ogrodzeniem, a jak wchodziłam do nich to przybiegały, żeby je pogłaskać, dawały buziaczki. Kochane dingo.

Fajni byli też opiekunowie: Rebecca od ssaków, bez której pobyt w wolontariacie nie byłby taki sam, Liana od kangurów, która zawsze mi tłumaczyła, po co coś robimy i opowiadała o swoich podopiecznych, Sandy od ptaków, Pam od farmy, Souri, z którą pracowałam w sekcji ssaków i floating. Była też jedna Polka, co prawda jakoś się nigdy nie złożyło, żebyśmy mogły pracować razem, ale poznałyśmy się i czasami pogadałyśmy. Monika jest super, zawsze taka uśmiechnięta i zadowolonaJ Wszyscy ją bardzo lubili. Z wolontariuszy zaś najbardziej polubiłam taką Finkę Idę i dziewczynę z Tokio, której imienia nie potrafię napisać.

Towarzyszyłam też pracownikom jak zmieniali zwierzętom zabawki, żeby im się nie nudziło, albo dawali przysmaki. Czasami dostawały jedzenie w większych kawałkach, żeby się nie rozleniwiały. Najfajniejszą pracę w Lone Pine Koala Sanctuary ma opiekunka zwierząt -  jej praca polega na symulowaniu zwierząt i bawieniu się z nimi.

Pracę w każdej sekcji opisałam dokładniej w oddzielnych wpisach.

Więcej zdjęć na www.facebook.com/swiatoczamigoski

 

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.