Miasto jak cała Polska

Osiem godzin w Sao Paolo pomiędzy lotami poświęcam na zwiedzanie tego największego i najbogatszego stanu Brazylii. Miasto liczy 40 mln mieszkańców, czyli tyle co cała Polska. Podobno tutaj wytwarzana jest 1/3 PKB Brazylii. Także połowa z 50 największych prywatnych firm ma tu swoje siedziby. Na szczęście przyleciałam w niedzielę, co oznacza brak korków, dzięki czemu będę mogła zobaczyć więcej w tym krótkim czasie.

Zwiedzanie zaczęliśmy od smaków Brazylii, czyli pojechaliśmy na targ. Sam w sobie nie był zachwycający, bowiem daleko mu do tego z Barcelony czy choćby Walencji, ale mogłam tu popróbować lokalnego jedzonka. Przede wszystkim zachwyciły mnie ciepłe serowe bułeczki (Pao de queijo). Podobno z mąki z manioka. Jako przekąskę można było też zjeść kurczaka w kartofelku i w panierce. Pychota. Wypiłam pyszny soczek z kukurydzy i przystąpiłam do degustacji owoców. Wybierałam wszystkie, typowo brazylijskie, sprzedawca zainteresował się mną i zaczął mi podawać kolejne owoce do spróbowania, szkoda, że tak późno, bo wtedy popróbowałabym wszystkiego za darmo, a potem kupiła tylko jeden czy dwa owoce, he he.  W każdym razie kupiłam kilka, a inne tylko popróbowałam. Najbardziej chyba smakował mi brązowy owoc przypominający kartofla, którego nazwę napisałam jako sapuczi  oraz Cajú. Całkiem smaczne było też Atemoia, owoc o kulistym lub sercowym kształtem ze skórką pokrytą wypukłościami. Jabuticaba – małe czarne kulki, które w smaku miały przypominać liczi, ale mnie jakoś za bardzo nie smakowały. Sam owoc w sobie jest śmieszny, bo rośnie na pniu drzewa. Gujawa moim zdaniem jest ohydna.

Zwiedzanie samego miasta zaczynamy od jego historii, czyli zbudowanego w 1554 roku pierwszego budynku. Sao Paolo zostało założone jako misja jezuicka świętego Pawła (stąd nazwa).

Jedziemy do przepięknej katedry (Catedra  Metropolitana). Parkujemy z boku, więc żebym mogła ją zobaczyć w pełnej okazałości, musimy przejść przez nią na plac. Akurat zaczynała się msza. Gdyby czas mnie nie ograniczał chętnie bym na niej została. Ten piękny budynek z neogotycką fasadą i 100-metrowymi iglicami powstał w  1954 roku. Na palcu przed katedrą miejscówkę zrobili sobie lokalni bezdomni i bezrobotni. Tak więc spacer tamtędy mógłby być niebezpieczny. Dlatego rezygnujemy z niego, udając się w inne rejony miasta.

Przejechaliśmy główną ulicą miasta – Paulistą, która jest czymś w rodzaju nowojorskiej Piątej Alei. Co ciekawe miasto jest bardzo zielone. Zdziwiło mnie, że nie dostrzegłam ani jednego psa, ale kiedy przejechaliśmy w kierunku bogatszych dzielnic co chwila widziałam kogoś spacerującego ze swoim czworonogiem. W położonej w dzielnicy Ogrody amerykańskie ulicy Brasil mieści się najpiękniejszy kościółek świata. Na jego suficie oglądamy malowidła a la kaplica sykstyńska, na ścianach mozaiki zrobione z cienkich niebiesko – białych płytek ceramicznych tzw. Azulejo. Kościółek w środku był przepiękny, tyle że  odrobinkę naćkany. To właśnie w nim odbywa się najwięcej ślubów w mieście. Jeden właśnie się skończył.

Odwiedziliśmy też stadion i targ z lokalnymi wyrobami. Jedne pan robił biżuterię, w którą wklejał ręcznie robione maleńkie ptaszki, które można było oglądać pod lupą. Podziwiałam precyzję wykonania.

Patronem medialnym projektu jest National Geographic Traveler.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.