Indiańska wioska

Dla mnie to był jeden z najfajniejszych dni na wyjeździe. Z San Cristobal de las Casas z samego rana wyruszamy do indiańskiej wioski San Juan Chamula. Na pace pick upa (Forda Rangera) dojeżdżamy do małej wioski, gdzie przygotowują dla nas konie. Zanim jednak nam przydzielą rumaki, pytają kto umie jeździć. Z naszej grupy jestem jedyną osobą, która ma doświadczenie w tej kwestii. Od samego początku zauważam różnice między meksykańskim, a europejskim stylem jazdy. Meksykanie nie zważają na długość strzemion. Zaczynam dopasowywać swoje. Niestety okazują się za długie i nie da się ich skrócić. Dostaję innego konia. Na szczęście jestem w stanie idealnie dopasować strzemiona do mojego wzrostu, bo jak się później okazało, czekała mnie niezła jazda:).

Przejeżdżamy przez wioskę i dojeżdżamy do lasu. Droga jest tak wąska, że jedziemy gęsiego. Nasi Meksykańscy opiekunowie kłusują drogą, która jest położona nieco niżej. Jak się trochę poszerzyło przyzwyczajone do turystów konie nadal jadą gęsiego. Próbuję je wyprzedzić, bo już trochę mi się znudziła ta wolna jazda i podziwianie krajobrazów. Nie jest to łatwe, bo koń mojej przyjaciółki, rzuca się na mojego za każdym razem, kiedy pojawiam się obok. Zjeżdżam nieco na dół, żeby wyprzedzić grupę. Zadowolona z siebie kłusuję przez las. Nagle na środku drogi mój koń się zatrzymuje i nie idzie go ruszyć. No nic. Stoimy tak, czekając na resztę. Patrzę z lasu wyłania się jeden z Meksykanów, tyle, że jedzie na koniu jednej z dziewczyn z naszej grupy. Przestraszyłam się, że coś jej się stało. Tymczasem okazało się, że zamienił się z nią na konie, bo moja klacz i jej ogier to rodzeństwo. Podobno moja bez brata w ogóle się nie rusza i to cud, że tak daleko zajechałam. Od tej pory jeździmy obok siebie, albo ja za nim. On obserwuje mój – europejski styl jazdy, ja jego – meksykański. Pupa mocno osadzona w siodle, wyciągnięte do przodu nogi majtają w górę. Teraz rozumiem, dlaczego nie wiedzieli o co mi chodzi ze strzemionami, on równie dobrze mógłby ich nie mieć. Bez uprzedzenia zaczyna galopować, a mój koń z przyzwyczajenia podąża za bratem. Pędzimy pod niemal pionową górkę, kamienie osuwają się spod kopyt mojego konia, krzyczę z radości. Jest zajebiście. Potem musimy trochę zwolnić. Okazało się, że za nami wyrwał się jeszcze jeden chłopak, który pierwszy raz w życiu siedział na koniu. Szacun, że się na nim utrzymał.  Na koniec zostawiając całą grupę, galopujemy ulicą aż do samej wioski. Niestety mamy do wyboru albo dłużej być w wiosce i wrócić autobusem, albo krótszy pobyt i powrót na koniach. Zgodnie wybieramy drugą opcję.

San Juan Chamula – według opisu miało być typową wioską indiańską. Najpierw przechodzimy uliczką wzdłuż której stoją domy, na zewnątrz których porozwieszane są poncha, koszule, swetry, spódnice itd. Przed nimi siedzą kobiety zachęcając nas, żebyśmy coś kupili. To chyba jedyni mili ludzie w tej wiosce.

Dochodzimy na duży kwadratowy plac przed Kościołem. Tam znajduje się targ, na którym miejscowi sprzedają głównie owoce i warzywa. Wszystkie ładnie ułożone, tworzą piramidy. Niektóre w plastikowych pojemnikach, inne bezpośrednio na stole.

Kobieta w czarnej grubej spódnicy, wrzosowym swetrze i z niebieską chustą na głowie siedzi przed rozłożonym przed nią groszkiem i zszywa filetową kurtkę. Obok na niebieskiej ceracie, na której rozłożona jest garstka warzyw, siedzi ok. sześcioletni chłopczyk. Inny chłopczyk oparty o krzesło matki, która sprzedaje warzywa, popija coca colę. Niektóre dzieci bawią się, inne pilnują stoisk. Znudzone kobiety siedzą przy swoich straganikach. Większość nosi czarne grube spódnice, sweterki i chusty bądź szale na głowach, które chronią je przed słońcem. Szale nakładają w specyficzny sposób. Złożony w prostokąt materiał nakładają na głowę, grubszą kwadratową część na czubek, a reszta opada na plecy zasłaniający szyję. Ciekawi mnie jak robią, że im to nie spada z głowy.

Dalej rozłożone są stoiska z ubraniami, ze skórzanymi butami i kozakami. Część kobiet zabija czas haftowaniem.

Tutaj nikt nas nie zaczepia. Nikt nie chce nam niczego sprzedać. Traktują nas obojętnie, a czasem wręcz wrogo. Jesteśmy intruzami, którzy zakłócają ich rytm dnia. Poza nami, w miasteczku prawie nie ma turystów, ale wnosząc po tym jak traktują nas tubylcy, domyślam się, że dociera tu ich sporo – a wszyscy chcą jednego: wspaniałych, kolorowych zdjęć Indian. Kiedy jedna z dziewczyn z naszej grupy pstryka zdjęcie pewnej Indiance, ta pluje w jej kierunku. Prośby o możliwość zrobienia zdjęcia są bezcelowe. Tylko niektórzy wyciągają ręce i za pewną opłatą pozwalają sobie zrobić zdjęcie. Dzieci gardzą tu cukierkami, wszyscy chcą gotówkę.

Wchodzimy do białego, niewielkiego kościółka z niebieskimi i zielonymi akcentami. Tutaj Indianie odprawiają swoje obrządki i zanoszą dary – wśród nich jest np. coca cola – to nowocześni Indianie:). Podłoga wyłożona jest sianem. Niestety w środku nie można robić zdjęć.

Pokonujemy tą samą trasę i wracamy do naszych koni. Tym razem ja i jeden z naszych meksykańskich opiekunów od razu jedziemy przed resztą grupy, obok siebie. Wycieczka była super, a ja oprócz wspomnień miałam pamiątkę niemal do końca wyjazdu – zjarany nos. Zawsze się smaruje kremem i na ogół noszę też czapkę z daszkiem, ale tym razem czapki nie wzięłam, a twarzy nie nasmarowałam żadnym kremem, bo po co :). Przecież będziemy jeździć po lesie. I tak oto tym sposobem do końca wyjazdu wyglądałam jak jakiś żul.

2 Komentarze

  1. Swietna historia z tymi konikami, i tak dobrze ze nie mialy wiecej rodzenstwa, bo bys sobie nie pojezdzila :)

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.