Karmienie sępów

Włożyłam na rękę skórzaną rękawicę sięgającą aż do łokcia, w palcach trzymałam kawałki surowego mięsa, powoli podniosłam wyprostowaną rękę. Bulla przyleciał i siadł na niej. Był strasznie ciężki. Rozłożył swoje skrzydła. Lewą ręką podtrzymywałam wyciągniętą w górę prawą. Nie mogłam pozwolić, żeby opadło, bo ptak przesunąłby się w stronę mojej twarzy. Poza tym rękawica przy ramieniu nie była już tak gruba, Bulla zaś nie należał do przyjemniaczków.

Kiedy zjadł trzymane przeze mnie w palcach mięso, odstawiłam go. Miałam dość i nie chciałam tego powtarzać. I tak miałam dużo szczęścia. Bulla bowiem zaatakował chłopaków, którzy karmili go po mnie. Charlesa ugryzł w ramię, gdzie rękawica nie była już tak gruba. Następnego dnia zaatakował Sarę. Niezbyt przyjemny ptaszek.

Potem poszliśmy do Marshalla. Ten jest dużo sympatyczniejszy i ładniejszy. Lubię Marshalla.  Podleciał do mnie, zjadł grzecznie mięsko, podeszłam z nim do gałęzi i ślicznie na nią wskoczył. Inni musieli go stymulować, żeby wszedł na gałąź. To było fajne przeżycie.

Marshall mieszka naprzeciwko klatki, którą z Charlesem sprzątamy. Tam zaś są różnego rodzaju sępy. Codziennie zmieniamy im wodę, zbieramy pióra, zmywamy kopy z drzew i kamieni. Zajmujemy się jeszcze sówkami, te uwielbiam, bo są takie słodziutkie i zawsze się na mnie patrzą tymi okrągłymi pomarańczowymi oczkami jak sprzątam i kręcą w kółko główkami. Moje słodziuszki. To chyba syczki z rodziny puszczykowatych.

Kiedyś pojechaliśmy też nakarmić dzikie sępy. Rzuciliśmy im mięso i odjechaliśmy kawałek dalej i obserwowaliśmy jak się zlatywały. Było ich kilkadziesiąt. Obsiadły padlinę i jadły, potem zaczęły kolejno odlatywać.

Patronem medialnym projektu jest National Geographic Traveler.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.