Kraj fiordów, trolli i niedźwiedzi

Norwegia słynie z fiordów, trolli i niedźwiedzi. Dlatego wybierając się na długi weekend do tego państwa chciałyśmy obejrzeć przepiękne fiordy (ten najpiękniejszy to podobno Geiranger), zobaczyć trolle i niedźwiedzi. W zobaczenie tych ostatnich moja siostra wątpiła, bowiem nie miałyśmy czasu, żeby się udać na daleką północ. Tymczasem ja wypatrywałam ich do ostatniej chwili i udało się!

Plan był następujący: lecimy do Oslo, tam wynajmujemy samochód, jedziemy do Geiranger. W sobotę dojeżdża do nas moja przyjaciółka Camilla i razem jedziemy do Alesund, zbaczając trochę z trasy, żeby przyjechać się drogą Trolli. Kolejnego dnia jedziemy do Bergen, zaliczając najbardziej położone na zachód miasteczko Floro i malowidła naskalne Ausevik. Z Bergen kierujemy się do Oslo. Potem jedziemy na lotnisko i do domu.

Muszę przyznać, że Norwegia mnie zaskoczyła. Czym? Śniegiem w czerwcu. Na szczęście sprawdziłyśmy to przed wyjazdem i wyposażyłyśmy samochodzik w opony zimowe, a siebie w ciepłe ubranka. W sumie to w ciągu 4 dni miałyśmy 4 pory roku. Wyjechałyśmy z gorącej Warszawy do jesiennego Oslo. Droga prowadzi na północ – cel: Geiranger. Chciałyśmy dojechać tam jak najszybciej, żeby mieć jak najwięcej czasu na miejscu. Dlatego po drodze zatrzymałyśmy się tylko w urokliwego znanego ze sportów zimowych miasteczka Lillehammer. Podobno tutejsi mieszkańcy już we wczesnym średniowieczu byli znani ze swojej odwagi i umiejętności narciarskich. To tutaj odbyły się Igrzyska Olimpijskie w 1994 roku.  Poza skocznią narciarską, którą widać już z drogi, w miasteczku znajduje się duży stadion i hala sportowa. Fani motoryzacji mogą zajrzeć do Muzeum Zabytkowych Pojazdów, albo do istniejącego od blisko 130 lat Skansenu Maihaugen. Centrum miasteczka jest dosyć małe, a jego sercem jest otoczony urokliwymi domkami deptak zwany Gagata (ulica dla pieszych). To właśnie ta uliczka została odtworzona w miniaturowej wersji w miasteczku Liliputów.

Droga stawała się coraz węższa, było na niej coraz więcej zakrętów, a temperatura spadała. W końcu pojawił się śnieg. Było go coraz więcej. Momentami jechałyśmy w totalnej bieli (niebo też było jasne), by za chwilę wjechać do śnieżnego tunelu. Momentami ściany śnieżne były wyższe ode mnie. Na drodze niemal nie mijałyśmy innych samochodów.

Odkąd wsiadłam do samochodu wypatrywałam dzikich zwierząt. Akurat przejeżdżałyśmy koło rozrzedzonego lasu i mym oczom ukazał się piękny, majestatyczny łoś. Był to wspaniały widok, ale moja siostra nie chciała się zatrzymać i cofnąć kawałek, żebym mogła go dłużej podziwiać, albo chociaż zrobić zdjęcie. Jechałyśmy dalej. Zanim dojechałyśmy do miasteczka zatrzymałyśmy się na punkcie widokowym, żeby podziwiać fiord z góry. Położony między dwoma niemal pionowymi skałami fiord Geiranger uznawany jest za najpiękniejszy w Norwegii. Dlatego zarezerwowałyśmy pokój w hotelu położonym nad samym fiordem. Z naszego pokoju roztaczał się wspaniały widok na zatokę. W 2005 r Geirangerfjord został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO.

Wieczorem, który ciężko tak nazwać, bowiem było jasno jak w południe, przeszłyśmy po tym cichym miasteczku. Śmiesznie było się kłaść spać, kiedy na dworze nadal było widno, ale następnego dnia chciałyśmy rano wstać.

Dzień zaczęłyśmy od półtoragodzinnej wycieczki statkiem po fiordzie, który ma 16 km długości i 260 m głębokości w najgłębszym miejscu. Otaczające go z dwóch stron góry mają od 1200-1600 m wysokości. Mijamy kolejne wodospady. Ten najbardziej znany to Siedem sióstr, według krążącej legendy czasami można usłyszeć śpiew sióstr. Mnie jednak bardziej interesowały położone na półkach skalnych gospodarstwa. To niesamowite jak ludzie kiedyś tu żyli. Podobno do niektórych wyżej położonych domków, dzieciaki wciągali z łódek za pomocą linii. Starsi zaś musieli zamieszkać w domu na dole, by po śmierci można było przetransportować ich ciała. Tak niedostępne miejsce miało też swoje zalety, szeryf nie miał jak ściągnąć podatku. Obecnie niektóre z tych farm można zwiedzać.

W Geiranger jest wiele przepięknych szlaków. Z braku czasu wybrałyśmy jeden z najkrótszych na punkt widokowy Vesterasfjellet. Żeby podjechać do farmy samochodem dwa razy musiałam otwierać bramę. Są one tam po to, aby zwierzęta na uciekły. Przeszłyśmy się na spacerek jedną z dwóch malowniczych tras i wykorzystując wolną chwilę do przybycia mojej przyjaciółki Camilli w miejscowej restauracji przekąsiłyśmy coś. Jak tylko zobaczyłam w karcie dań mleko od razu je zamówiłam. Kelnerka powiedziała, że to świeże mleko od krowy, więc będzie tłuste. Ale właśnie o to mi chodziło- świeże mleko od krowy. Pamiętam jak byłyśmy dziećmi i jeździłyśmy do rodziny na wieś i babcia cioteczna kierowała wymiona w naszą stronę, my szeroko otwierałyśmy buzie i lała mleko wprost do gardła. Wracając do Norwegii, zamówiłyśmy lokalne danie Rommegrot. Nie byłam do końca przekonana, bowiem danie to przetłumaczono jako owsiankę. Z pewnością nie była to owsianka. Trochę przypominało egzystencją i smakiem naszą gęstą kaszę manną. Danie to robi się z kwaśniej śmietany albo zsiadłego mleka, które się zakwasza. Jakkolwiek by to nie brzmiało danie jest przepyszne i nadzwyczaj pożywne. Do tego dostałyśmy niemal przezroczyste kromki chleba i cieniuteńkie plasterki wędzonej szybki. Pychotka. Potem odebrałyśmy Camille, która do nas dołączyła i wyruszyłyśmy w drogę. W samą porę, bowiem ta urokliwa sprawiająca opustoszałej miejscowość zaczęła się wypełniać turystami, których masy wytaczały się z promu i autokarów.

O trollach i niedźwiedziach będzie w kolejnych wpisach.

Patronem medialnym projektu jest National Geographic Traveler.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.