Król lew i jego królestwo

Kiedy podeszłam do siatki, Duma akurat się obudził i zaczął przeciągać, ziewać. Jak się zorientował, że robię mu zdjęcia, zaczął pozować: zamyślony, majestatyczny, śpiący, groźny. Na koniec jak na lwa przystało zaprezentował w całej okazałości całą paszczę. Podziękowałam mu za wspaniałą sesję i poszłam dalej.

W ośrodku mieliśmy przygarnięte 4 dorosłe lwy i 3 młode. Ponieważ nie były do końca oswojone, a jednocześnie nie było szans, żeby je wypuścić na wolność, mieszkały w Moholoholo. Niespełna roczną lwicę i jej dwóch rówieśników mijaliśmy codziennie jak chodziliśmy na śniadanie. Fajne były. Czasem je pogłaskałam przez siatkę.

Najśmieszniej było jak czyściliśmy ich klatki, w których jadły, bo jak to koty najchętniej latałyby za szczotką, więc zaczepiały ją łapami przez siatkę i chciały się bawić. Żeby posprzątać ich wybieg zamknęliśmy je: lwice w jednej, a lwy w drugiej klatce. Kiedy opuściliśmy ich zagrodę  otworzyliśmy drzwi klatek, lwy od razu pobiegły sprawdzić czy ich koleżanka ma się dobrze. Najśmieszniejsze było to, że wszystkie trzy zaczęły się bawić w jednej klatce, w której ledwo się mieściły, zamiast biegać po ogromnym wybiegu.

Jak się można domyślić moimi ulubieńcami znowu były lamparty: Delaila i Fagan. Uwielbiałam je. Kiedy przechodziłam koło ich klatki one na ogół przychodziły, żebym je głaskała. I tak kiedyś chciałam zrobić Delaili zdjęcie jak leżała, a ta od razu wstała, żeby się ze mną popieścić. Innym razem szłam porobić zdjęcia lwom, lamparcica zobaczyła mnie przyszła do mnie i zawróciła mnie. Ta część ich klatki była pod napięciem elektrycznym, musiałyśmy więc przejść w inne miejsce (w moim przypadku było to cofanie się), żebym mogła ją spokojnie pogłaskać. Szła równolegle do mnie, aż w końcu mogłam ją wypieścić. Uwielbiałam ją. Zresztą Fagana też. Lamparty mają niezwykle milutkie futerko i specjalne miejsce w moim sercu.

Poza nimi codziennie odwiedzałam nasze maluszki. One były kompletnie dzikie, więc nikt do nich nie wchodził. Do ośrodka trafiły, bo ich matka została zabita. Pierwszego dnia pobytu zapytałam Briana, co zamierza z nimi zrobić. Nie potrafił mi odpowiedzieć. Małe stanowiły bowiem problem – urodzone na wolności były kompletnie dzikie, ale nie potrafiłyby samodzielnie przetrwać na wolności. Nauka polowania serwala jest dosyć prosta, w przypadku lamparta, który poluje w biegu na długim dystansie, jest to bardziej skomplikowane. Serce mi się krajało, kiedy do nich zaglądałam, bo za każdym razem siedziały w małej klatce umieszczonej w ich zagrodzie. Albo spały, albo leżały bądź siedziały z tymi przerażonymi oczkami. Strasznie mi ich było szkoda. Mam nadzieję, że będą miały dobrą przyszłość.

Podobny dylemat dotyczył karakala. Ten z jednej strony był wychowany przez człowieka, z drugiej przez niego został skrzywdzony. Tak więc pchykał na większość osób przechodzących koło jego klatki. Kiedyś szliśmy koło niego i Jan chciał go pogłaskać, ten rzucił się na niego z pazurami i zaczepił się o kraty. Wszyscy już przeszli, a ten biedak nie mógł wydostać łapki, zawołałam Jana. Ten na szczęście miał cążki, bo karakal pchykał i wolną łapą atakował. Jan cążkami odciągnął siatkę i karakal uwolnił swoją łapeczkę, po czym popatrzył na mnie jakby chciał powiedzieć „Dziękuję”. Po tym wydarzeniu, już nigdy na mnie nie pchyknął, ale jeszcze za wcześnie było, żeby dał mi się pogłaskać. Może go kiedyś ponownie oswoją, lub nauczą polować i wypuszczą.

Codziennie głaskałam też gepardy, które mieszkały niemal naprzeciwko mojego domku. Jeden był strasznym pieszczochem i ciągle mruczał. Na ogół siadał albo stawał przy siatce, żebym mogła go miziać.  Kiedyś jednak się położył. Kiedy zaczęłam go głaskać, jak mnie prąd kopnął, to myślałam, że polecę w kosmos. Nie zauważyłam, że przy samej ziemi siatka była pod napięciem elektrycznym.

Dzieci buszu, czyli galago karłowaty

Dzieci buszu były moimi ulubieńcami zaraz po miodożerach i lampartach. Czasami Mellisa, która się nimi zajmowała, zabierała mnie ze sobą, żeby je nakarmić. Niemal bezszelestnie wskakiwały na mnie i zlizywały mi jedzonko z palców. Uwielbiałam te ważące średnio 150 g maluchy z wielkimi uszami i oczami, które rozmiarem przypominają wiewiórki. Są to zwierzątka nocne, więc tylko wieczorami mogłam je odwiedzać.

Galago karłowaty to ssak z gatunku małpiatki.  Ponieważ bardzo głośne dźwięki, które wydają przypominają płacz dziecka nadano im przydomek dzieci buszu. Większość czasu spędzają na drzewie.

Dzikie psy

Dzikie psy inaczej zwane likaonami, to niesamowite zwierzęta, które opiekują się rannymi i starszymi, mają ściśle określone role podczas polowania, a podczas posiłku to młode mają pierwszeństwo.

Dzikie psy żyjące w ośrodku były już wiekowe i powoli żegnały się ze światem. Czasem mogłam je poobserwować. Dwa razy dziennie zmienialiśmy im wodę. W zasadzie na tym kończył się mój kontakt z nimi. Szkoda, bo to niesamowite zwierzęta. Żyją w stadach ok. 10-15 osobowych. Podczas polowania każdy ma ustaloną rolę. Podczas posiłku to młode mają pierwszeństwo. Dzikie psy dbają także o swoich zranionych, albo starych kompanów, a także matki z dziećmi. Kiedy wracają wymiotują jedzenie, żeby te ostatnie mogły się pożywić. W tym społeczeństwie to rolą mężczyzny jest polowanie i zapewnienie wyżywienia. Dlatego samice walczą ze sobą. To samica dominująca jest odpowiedzialna za przetrwanie gatunku. Kiedy inna samica urodzi małe, samica dominująca często zabija ją w walce.

Po skończeniu trzeciego miesiąca życia, małe zaczynają towarzyszyć dorosłym w wędrówkach. W wieku 12 – 18 miesięcy osiągają dojrzałość płciową. Dorosły osobnik waży 16-36 kg.

Likaon jest gatunkiem zagrożonym. Obecnie na świecie żyje poniżej 10 tys. dzikich psów afrykańskich. Liczba samców w stadzie na ogół dwukrotnie przerasta liczbę samic.

Ich długie uszy służą im nie tylko do odbierania sygnałów, ale także regulowania temperatury ciała.

 Antylopa jak pies

Z dzieci w ośrodku mieliśmy jeszcze Patel – antylopę szablorogą, która luźno chodziła po ośrodku oraz ok. 8-miesięcznego miodożera Juliusa, do którego zaglądałam w wolnej chwili.

Patel na ogół była przekochana i często chodziła za mną krok w krok jak pies. Lubiła jak ją się głaskało. Kiedyś siadłam koło niej, żeby ją popieścić, a ona zaczęła mnie lizać po ręce. Codziennie się z nią bawiłam. Uwielbiałam ją. Ale czasem robiła się niegrzeczna. Czasem ją tylko trochę swędziało, jak jej rogi rosły i wtedy wystarczyło ją pogłaskać/ podrapać; ale czasami próbowała dźgnąć kogoś rogami. Ja miałam na nią sposób i po prostu ją stanowczo (ale nie za mocno) odpychałam i się uspokajała, ale następnego dnia chodziła na mnie obrażona, więc musiałam ją przepraszać.

Antylopa szabloroga osiąga 120 do 145 centymetrów wysokości i waży 200 do 270 kilogramów. Samice są kasztanowe lub ciemnobrązowe, a dojrzałe samce są czarne. Zwierzęta te mają zakrzywione do tyłu rogi.

Bardzo polubiłam też małego Juliusa, który podobnie jak Guinness zawsze był chętny do zabawy. On dostawał jeszcze mleczko, a martwe pisklęta wkładało mu się w dziurki zrobione w palu. Julius miał trochę ostrzejsze ząbki niż Guinness, ale w zabawie raczej ich nie używał.

Patronem medialnym projektu jest National Geographic Traveler.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.