Kuba jak PRL

Kuba przypominała mi trochę PRLowską Polskę. W sklepach dla Kubańczyków nie było zbyt wiele towarów, półki w aptekach świeciły pustkami, a żeby kupić coca colę (importowaną z Meksyku) musiałam wędrować do pobliskiego baru. Nie było też normalnych gum do żucia ani czekolady. W restauracjach często brakowało mleka, a nawet herbaty. Kiedy w Trinidadzie poszliśmy na obiad w dużej grupie, to jedzenie skończyło się po pięciu osobach. W nocy po burzy w pokoju hotelowym nie było światła, a przy pełnym obłożeniu na parę godzin dziennie wyłączali ciepłą wodę. Wtedy też było mniej jedzenia na stołówce, a owoce przestały być takie pyszne i dojrzałe.

Nawet program telewizyjny „Cocina al minuto” (Kuchnia w minutę/ szybkie gotowanie) dostosowany był do kubańskiej rzeczywistości „braków”. Prowadząca uzależniała przepisy dań od dostępnych w danej chwili produktów. W programie tym pojawiało się tysiące przepisów na przygotowanie jajek, które w pewnym okresie były jedynym niedeficytowym towarem na Kubie. Jednym z punktów zapobiegającym głodowi w mieście było zezwolenie na hodowanie kury na balkonie.

Kantory także czasami były zamykane, bo zabrakło gotówki albo prądu. Swoją drogą wymienianie tu pieniędzy jest dosyć ciekawe. Do kantoru wchodzi się pojedynczo, ew. parami. Potem stojący na zewnątrz ochroniarz zamyka drzwi na klucz, po dokonaniu transakcji otwiera drzwi, aby wypuścić, tych ze środka oraz wpuścić kolejnego klienta.

Kiedy poszliśmy do typowej restauracji tylko dla Kubańczyków, w której płaciło się w peso niewymienialnym, moja przyjaciółka wegetarianka mogła zamówić tylko ciemny ryż. Nic innego nie było. My dostaliśmy ten sam ciemny ryż z kawałkiem jakiegoś mięsa, odrobinką surówki i kawałeczkiem smażonego jabłka. Na deser podano dwa plasterki sera żółtego z rozwodnionym dżemem.

Największą biedę widać było w Trinidadzie. Gospodarze, u których się zatrzymaliśmy, byli tak biedni, że na śniadanie podali nam po dwa tosty z masłem. Nie było nawet dżemu, o jajkach, serze żółtym czy wędlinie, nie wspominając. Na każdym kroku zaczepiały nas dzieci prosząc o mydło, długopisy, kosmetyki; o cokolwiek.

Także w Hawanie czasem ktoś nas zaczepiał prosząc o kosmetyki. Jedna Kubanka, którą poznałam pod hotelem – Marylin -poprosiła mnie kiedyś, żebym kupiła jej mleko w proszku. Była w ciąży, a w domu miała kilkuletnie dziecko. Zaprosiła mnie też do siebie do domu. Umówiłam się z nią, że oddam jej wszystkie niezużyte kosmetyki w dniu wyjazdu. Ona także przyniosła mi prezent – płytę z kubańską muzyką.

Kubańczycy mówili, że żyje im się gorzej niż im rodzicom, bo wtedy nie było problemów żeby kupić jedzenie czy ubranie, a teraz niestety nie jest tak łatwo. Normalnie żyją ci, którzy pracują z turystami, bo dostają napiwki. Przeciętna pensja Kubańczyka wynosiła ok. 20 CUC (czyli pesos wymienialnych, równowartość 460 peso niewymienialnych lub 20 dolarów).  Przykładowo puszka coli w sklepie „dla turystów” kosztowała wówczas 1 CUC, a hotelu 2 CUC; mleko – 3 CUC. Sklepy i restauracje na Kubie dzieliły się na te dla turystów i dla Kubańczyków. W tych drugich płaciło się peso niewymienialnymi i towary były dużo tańsze, ale wybór mniejszy.

Jak pojechaliśmy do Trinidadu naszych kierowców nie stać było na obiad w punktach turystycznych. Spóźnili się do miejsca, w którym mogli dostać obiad i nie zdążyli do „hotelu dla pracowników” na kolację, więc przez cały dzień nic nie jedli. Niestety dowiedzieliśmy się o tym dopiero następnego dnia. Kubańczycy są bowiem strasznie dumni i poza tymi, którzy żebrzą na ulicach, raczej nie proszą o pieniądze. Gdyby chcieli sobie kupić „normalny” (turystyczny) obiad, wydaliby na niego pół miesięcznej pensji. A i tak obaj mają lepiej niż większość Kubańczyków, bo dostają od obcokrajowców napiwki. Dlatego lekarze, profesorowie, astronauci zostają taksówkarzami.

Zapraszam też na moją stronę na Facebooku: 
http://www.facebook.com/swiatoczamigoski

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.