Świnka na patyku

Dla mnie kuchnia tajska jest jedną z najlepszych na świecie. Może nawet najlepszą. Mam tu zarówno na myśli smażoną „świnkę na patyku” kupioną na ulicy, jak i full wypas obiad w dobrej tajskiej restauracji.

W Tajlandii po ulicach jeżdżą sprzedawcy z przewoźnymi grillami. Przed szkołami zastępują nasze sklepiki szkolne. Jedni sprzedają szaszłyki z wieprzowiny lub kurczaka– w sosie miodowym lub w cieście, inni mają dania jednogarnkowe takie jak np. Pad Thai. Z dań ulicznych najbardziej smakowała mi świnka na patyku (satay) w mistrzowskim wykonaniu babinki z Chiang Mai. Cena tego rarytasu 50 groszy za szaszłyk:) Co ciekawe, Tajowie na ogół nie jedzą wołowiny.

Można też wstąpić do lokalnej garkuchni. Nasz sanepid pewnie już dawno by je pozamykał, ale na szczęście Tajowie mają do tego inne podejście. Niedaleko Wat Arun znalazłyśmy restaurację – mieściły się w niej dosłownie dwa stoliki, a cała restauracja była wielkości małego pokoju. Pani na naszych oczach najpierw przygotowała mojego kurczaka z bazylią, a potem na tej samej patelni (umyła ją przedtem) przygotowała obiad mojej siostrze. To było jedno z najlepszych dań jakie jadłam w życiu.

Jak się pójdzie do restauracji można zamówić jedno danie, albo kilka np. na dwie, trzy osoby. Tak robiliśmy będąc w górach z naszym przewodnikiem. W restauracjach je się łyżką i widelcem (sic!) – osoba praworęczna widelec trzyma w lewej ręce, a łyżkę w prawej, widelcem popycha jedzenie na łyżkę. Jedzenie nakłada się na talerzyk, ale nie wszystko na raz, tylko kolejno każdą potrawę. Dopiero jak zjemy pierwsze danie, możemy włożyć kolejne.  To, czego nie zjedliśmy, pakowano nam i zawoziliśmy do biednej wioski lub świątyni.

Poza „świnką na patyku” (satay) moim ulubionym daniem był kurczak z bazylią oraz dania, którego nazwę zapomniałam: takie kładzione przezroczyste kluski z kurczakiem, trochę słodkawe – pycha.  Bardzo dobry był też Pad Thai (dosłownie „smażony Tai” ), ale w restauracji, ten z ulicy za bardzo mi nie smakował. Już śpieszę z wyjaśnieniem:  jest to cienki makaron smażony z dodatkiem słodkich i ostrych sosów, warzyw, opcjonalnie z jajkiem i/lub kurczakiem. Najfajniejsze było to, że jak się powiedziało, że chciałoby się łagodny posiłek, to taki się dostawało. Nie to co w Indiach:).

Na południu zagustowałam w rybkach. Przed restauracjami rozstawione są stoły pokryte lodem, a w nim świeże rybki, można sobie wybrać rozmiar powąchać i dać kucharzowi, żeby na naszych oczach usmażył taką rybkę. Pychota.

Uwielbiam też sticky rise w bambusie, czyli taki klejący się ryż np. z rodzynkami, który jest „włożony”  w bambusa i zatkany korkiem (takim jak do wina, tylko szerszym). Korek się wyjmuje, bambusa się „otwiera” i skubie się kawałek ryżu. Pyszności dostępne na północy.

Wszędzie też można kupić świeże owoce: duriany, mangostany, ananasy, mango. Najbardziej smakowały mi tajskie jabłka. Durian (z wyglądu przypomina nieco wydłużoną piłkę do rugby) jest taki śmieszny w smaku, ale chipsy z duriana są pyszne. Można też było kupić sobie sok ze świeżych owoców (jednego lub mieszankę kilku).

Jeśli chodzi o desery czy słodkości to uwielbiam bananowe cukierki zapakowane w folijkę i liście bananów oraz takie „ciasteczka”, które można było kupić zarówno na targu wodnym jak i w sklepie. Na takich małych naleśnikach (jakby je zrobić z bardzo cieniutkiego ciasta i tak „przypalić”, żeby nie był taki mięciutki, ale kruchy) jest mleczko kokosowe i wiórki np. z mango– pycha.

W Tajlandii na nowo odkryłam zieloną herbatę. O ile w postaci gorącej najbardziej lubię japońską senchę, o tyle w Tajlandii nauczyłam się pić zieloną (sproszkowaną)  mrożoną herbatę z mlekiem.

Zapraszam też na moją stronę na Facebooku:
http://www.facebook.com/swiatoczamigoski

 

1 Komentarz

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.