Marzenie o niedźwiedziach

Jednym z moich marzeń było opiekowanie się niedźwiedziami. W boliwijskim sierocińcu dla dzikich zwierząt La Senda Verde mogłam je spełnić.

Wybierając się na wolontariat do La Senda Verde można wybrać jeden z programów: rotacyjny (min. 2 tygodnie), opiekę nad niedźwiedziami (min. 28 dni)  lub bycie zastępczą matką małpeczek (min. 60 dni). Więcej szczegółów na 
http://www.sendaverde.com/volunteer_program.html
 Ponieważ od dawna marzyłam, żeby zajmować się niedźwiedziami, wybrałam właśnie ten program.

Dzień zaczynaliśmy o 7.15 zebraniem wolontariuszy, na którym Andy (opiekun wolontariuszy) rozdzielał zadania. My – jako trzyosobowa grupa niedźwiedzi – codziennie miałyśmy te same główne obowiązki: sprzątanie i karmienie dwóch andyjskich niedźwiedzi (Arumy, Tipnis) oraz kilku papug mieszkających w dwóch klatkach na wzgórzu.

Pozostali wolontariusze byli przydzielani do różnych zwierząt: pracowali  albo z ptakami i żółwiami, albo w kwarantannie, albo oprowadzali wycieczki. Poza tym musieliśmy sprzątać restaurację po posiłkach, pokój dla wolontariuszy, a także pomagać ogrodnikowi Juanowi.

Po spotkaniu pakowałyśmy jedzenie dla ptaków oraz gumowe rękawiczki. Malowniczą drogą szłyśmy na wzgórze, gdzie mieściły się m.in. klatki papug. Sprzątałyśmy resztki wczorajszego jedzenia z drewnianych desek i ziemi, zmieniałyśmy wodę z pojemniczków zrobionych z plastikowych butelek oraz wykładałyśmy nowe jedzonko. Potem szłyśmy do niedźwiadków. Ich ogromne, mieszczące się lesie zagrody były odcięte od reszty ośrodka.  Żeby do nich dojść najpierw musiałyśmy przejść drewnianym, niezbyt stabilnym mostkiem przez rzeczkę. Leśną ścieżką dochodziłyśmy najpierw do zagrody Arumy. Chłopak miał niezłe luksusy w postaci własnego naturalnego basenu, rzeki, drewnianej platformy, ogromnych drzew i różnych wzgórz i pagórków. W sumie do dyspozycji tylko dla siebie miał 3000 m2 terenu. Wszystko to ogrodzone  drutem pod napięciem. Do tego specjalnie ogrodzona siatką „jadalnia”. 

Najpierw sprawdzałyśmy napięcie elektryczne w ogrodzeniu. Potem jedna z nas szła kawałek dalej, gdzie wołała Arumę i podawała mu orzeszki. To było niesamowite jak ten ogromny, niemal dwumetrowy (kiedy stał) niedźwiedź, delikatnie rozgryzał skorupkę orzeszków ziemnych i jadł je.

Kiedy karmiąca go osoba dała znak, że niedźwiedź zajął się jedzeniem, druga wchodziła do jego klatki, a  trzecia zostawała przy wejściu i miała oko na obie. Z naturalnego basenu mieszczącego się na tyłach „jadalni”, nabierałyśmy wody, żeby umyć podłoże i jego wielką, na stałe przymocowaną zrobioną z kamienia miskę. Potem wsypywałyśmy mu świeżą owsiankę do miski i kładłyśmy na niej jajko. Następnie sprzątałyśmy resztki wczorajszego jedzenia, głównie skórki owoców oraz kładłyśmy w różnych miejscach serek biały, jabłko i  papaję.

Potem szłyśmy wzdłuż zagrody Arumy, aż do Tipnis. Tutaj wszystko wyglądało podobnie, tyle, że to Mariela zawsze szła dawać jej orzechy, a ja lub Kelly wchodziłyśmy, sprzątałyśmy i dawałyśmy jedzenie. Ponadto jajko rozbijałyśmy na owsiance.

Pracę kończyłyśmy kilka minut przed śniadaniem, które było o 9 rano.

Potem na ogół pomagałam przygotowywać jedzonko dla zwierzaków. O 11.30 znowu szłyśmy karmić niedźwiedzie, ale tym razem tylko wrzucałyśmy im kukurydzę (Aruma – 3 sztuki, Tipnis – dwie), mandarynki oraz na zmianę papaję, arbuza, kokosa lub ananasa.

O 12.30 był lunch. O 15.30 szłyśmy nakarmić ptaki, tym razem bez sprzątania, a o 16.30 znowu karmiłyśmy niedźwiedzie. Do Arumy wchodziłyśmy, Tipnis wrzucałyśmy jedzonko przez ogrodzenie. Tym razem Aruma, żeby go zająć dostawał chlebek z miodem, a  do miski wsypywałyśmy mu płatki owsiane. Tipnis początkowo dostawała banana z miodem, ale potem też chlebek miodem i płatki.

O 19.30 była kolacja.

W międzyczasie na ogół pomagałam Glorii w tzw. preproomie, czyli kuchni dla zwierząt. Gdzie kroiłyśmy całą masę jedzenia.

Patronem medialnym projektu jest National Geographic Traveler.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.