Miasto przestępców

Johannesburg to najmniej przyjazne miasto na świecie, uznali czytelnicy magazynu podróżniczego „Condé Nast Traveler”. Postanowiłam to sprawdzić.

Tym razem podróż zaplanowałam tak, żebym mogła też zobaczyć Johannesburg, bo ostatnio czułam duży niedosyt. Na lotnisku znalazłam przewodnika o imieniu Sandile, który miał mi pokazać miasto w kilka godzin. Tyle bowiem miałam czasu między samolotami.

Tylko z zewnątrz zobaczyliśmy Muzeum Apartheidu, bo nie starczyłoby nam czasu na zobaczenie miasta. Johannesburg składa się jakby z dwóch części, które są jak dwa oddzielne miasta: stara obecnie renowana i nowa. Stara centralna dzielnica biznesu – CBD (Central Business District) znajduje się w centrum miasta. W czasach apartheidu była to strefa, w której czarnoskórzy mogli tylko pracować. Mieszkać w niej mogli tylko biali. Wraz ze zmianą tego prawa w  1991 roku, zaczęli napływać tu głównie biedni czarnoskórzy. Jednocześnie wzrastała tu przestępczość, a firmy przenosiły się na przedmieścia na północy. I tak BWM zmieniło się z marzenia czarnego człowieka (Black Man Wish ) na „wybij mi szybę” (Break My Window).

Jedziemy między rozpadającymi się, wybudowanymi bez żadnego planu budynkami. Mam wrażenie, że wszystkie pochodzą a innych epok. Niektóre są wręcza dobudowane do lub nad innymi. Mijamy jeden z wielu opuszczonych budynków, który ma powybijane okna, a zamiast drzwi szmaty. Podczas powiewu wiatru zauważam krzątających się tam ludzi. Prawdopodobnie tam mieszkają. Tutaj to normalne. Jak mi powiedział Sandile ostatnio w jednym z takich budynków wybuchł pożar. Ludzie skakali przez okna.

Jedziemy dalej. Mijamy stojące na ulicach prostytutki, dealerów narkotyków, którzy dla pozoru prowadzą biznesiki na ulicy. – W tym miejscu można kupić nawet samochód – mówi mój przewodnik. Przejechaliśmy przez najbardziej niebezpieczne ulice. Sandile powiedział mi, że wieczorem nie przejechałby tędy, ale w ciągu dnia się nie boi. Poza mną nie widzieliśmy tutaj żadnej białej twarzy.

Jedziemy kawałek dalej. W tej części nadal rezyduje rząd prowincji. Tutaj znajduje się także najwyższy budynek na kontynencie Carlton Centre, który mierzy 223 m. Z jego platformy obserwacyjnej – Wierzchołka Afryki – można zobaczyć panoramę miasta.

Wstępujemy jeszcze do Standard Banku, najstarszego banku w Johannesburgu. W jego siedzibie mieści się Ferreira Mine Stope – stary szyb kopalniany z niedużym muzeum. Szyb odkryto podczas budowy nowej siedziby banku 1986 roku. Kopalnię założył Ignatius Philip Ferreira, który był rolnikiem, żołnierzem, a w końcu stał się wydobywcą. Bank postanowił, ze względów historycznych, zachować kopalnię i zabezpieczył wokół niej teren 70 m2. Szklaną windą można zjechać i zobaczyć oryginalny tunel kopalni. Przy okazji Sandile mówi mi, że pod ziemią można pracować mak. 4 godziny dziennie.

Podczas jazdy Sandile opowiada mi o sobie i swojej rodzinie. Jest Zulusem. Nie ma jeszcze żony, bo musiałby za nią zapłacić 15 krów. To dla niego dużo. Za to jego ojciec ma aż 3 żony, a z nimi 15 dzieci. Sandile jest przekonany, że segregacja rasowa za 2-3 pokolenia będzie spotykana tylko w muzeum. Obecnie jego zdaniem panuje segregacja ekonomiczna. Czarni zwyczajnie są biedniejszy, ale za 3 pokolenia powinno się to wyrównać.

 

Jedziemy do nowej części Johannesburga. Po drodze mijamy dolinki z domkami jednorodzinnymi czy wręcz willami, często schowanymi w zieleni,  gdzieś na wzgórzu widać luksusowe osiedle dla bogatych mieszkańców miasta. Najbogatsi mieszkają w willach otoczonych płotami pod napięciem elektrycznym. Wszystko ze względu na dużą przestępczość.

Plac Mandeli z fontanną na środku, ogromnym pomnikiem Mandeli i knajpki dookoła bardziej przypomina australijskie Sydney. Podoba mi się tu. To chyba jedyne miejsce w Johannesburgu, które mi się podoba. Szkoda, że nie mam czasu, żeby tu posiedzieć.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.