Mnisi

Kai zabierał nas zawsze do restauracji, gdzie dostawałyśmy masę jedzenia i zjadałyśmy z tego 1/3. Resztę pakowano nam i zawoziliśmy to albo do biednych wiosek, albo do świątyń. Któregoś razu natrafiliśmy na nową świątynię. Mieliśmy szczęście, bo akurat spotkaliśmy w niej mnicha, który odprawił z Kaiem nabożeństwo składania darów (my siedziałyśmy za Kaiem), a potem nas pobłogosławił. Ponieważ mnisi nie mogą dotykać kobiet, podał nam przez Kaia kamyczek, wizerunek Buddy wyryty na kawałku białego wapiennego kamienia oraz białe sznureczki, które ten zawiązał nam na nadgarstkach.

Przy okazji dowiedziałyśmy się, że jedzenie, które ludzie składają w świątyniach nie znika w niewyjaśniony sposób (czytaj: zjadają je bożkowie), tylko mnisi zbierają je i rozdają potrzebującym. Nasz przewodnik pochodził z bardzo biednej rodziny z północnego wschodu i jak był mały to po szkole z innymi dziećmi chodził do świątyni na lunch.

W Tiger Temple niechcący dotknęłam mnicha, chciałam go o coś zapytać i stuknęłam go palcem w ramie i w tej samej chwili zrozumiałam, co zrobiłam. Nie wiem kto był bardziej przerażony ja czy on. Potem się dowiedziałam, że będzie się musiał z tego wyspowiadać. Uff tylko tyle, a już się bałam się, że go wyrzucą z klasztoru.

2 Komentarze

  1. Masz Wielkie Serducho :) My tez zawsze sprawdzamy przed kazda wycieczka co w danym kraju potrzebuja najbiedniejsi i zawsze im cos zawozimy a reszte kupujemy na miejscu. Np w Kenii zaplacilismy w sierocincu rachunek za wode , i dalismy zrobic lawke do szkoly z wyrytym naszym nazwiskiem. To nie sa wielkie koszta a zobaczyc usmiechnieta buzki dzieciakow BEZCENNE :)

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.