Moi hinduscy „przyjaciele”

Dla mnie Indie to kraj niezwykle sympatycznych ludzi. Wszyscy się do Ciebie uśmiechają: taksówkarz, który czeka na zmianę światła, sklepikarz, kobieta w świątyni, dziecko mijane na ulicy. Można odnieść wrażenie, że tutaj wszyscy są uśmiechnięci. Nie sposób nie odwzajemnić tych uśmiechów.

Dla Hindusów biała twarz, zwłaszcza w miejscach turystycznych i świątyniach, jest nie mniejszą atrakcją niż Tadż Mahal. Hindusi koniecznie muszą zrobić mu zdjęcie ze sobą lub swoim dzieckiem. Podczas zwiedzania Świątyni Birla Mandir, spotkaliśmy kilka kobiet. Nie było łatwo się z nimi porozumieć, bo nie znały angielskiego, ale z tego co zrozumiałam, przyjechały ze wsi. Bardzo chciały sobie zrobić z nami zdjęcie. Jak już wyszliśmy ze świątyni i ustawialiśmy się do wspólnej foty, jedna wzięła mnie za rękę. Potem okazało się, że tutaj to jest dość powszechne. Innym razem cała grupa Hindusów chciała sobie zrobić z nami zdjęcia, tak więc stałyśmy z 15 minut, a oni się tylko zmieniali. Jeszcze większe zainteresowanie wzbudzaliśmy podczas zwiedzania Tadż Mahal. Tuż za wejściem Hindusi prosili mnie o pozowanie z ich kilkuletnią córeczką, potem podeszło do mnie kilku chłopaczków (w wieku ok. 15 lat), żeby trzasnąć sobie ze mną fotę– ich analogowym Kodakiem (co za przeżytek J), para Hindusów wręczyła mi niemowlę do potrzymania na potrzeby zdjęcia i tak na każdym kroku.  Sami też bardzo chętnie pozują do zdjęć, które im się robi i bardzo się cieszą, jak się im je pokaże.

Wszyscy okazują Ci sympatię na swój sposób. Hinduski zaczepiały mnie i mówiły jak pięknie wyglądam w moim hinduskim stroju salwar kamiz. Na czole miałam przyklejone bindi (święta kropka – znak na czole noszony przez Hinduski symbolizujący ochronę kobiety przez jej męża lub ojca). Jedna nazwała mnie wręcz królową, inna powiedziała, że wyglądam jak miss Indii. Recepcjonistka w naszym hotelu za każdym razem jak wchodziłam zachwycała się moją urodą. Raz nawet wyszła z nami przed hotel i wzięła mnie za rękę i głaskała.

Hindusi są strasznie przyjaźni i ciekawi „białej twarzy”. Kiedyś jak siedziałam w samochodzie i czekałam na resztę grupy, podszedł do mnie taki sześcioletni chłopczyk. Strasznie zaciekawiony. Nazywał się Asur. Jego rodzice i rodzeństwo stało obok. Na tyle na ile było to możliwe porozmawialiśmy  sobie – mały nie znał bowiem angielskiego,ale jego mama nam czasme pomagała w tłumaczeniu. Najchętniej to by chyba pojechał ze mną.

Na jednym z naszych spotkań, poznaliśmy hinduskich dziennikarzy, m.in. gwiazdę telewizyjnych wiadomości Rahula Kanwala. Wieczorem umówiliśmy się do pubu, gdzie mogliśmy zobaczyć jak się bawią młodzi Hindusi. To było bardzo ciekawe doświadczenie.  Tutaj większość ludzi była ubrana po „europejsku” (właściwie po amerykańsku  – w T -shirty i jeansy), ale niektóre Hinduski w bardzo fajny sposób łączyły w swoich strojach tradycję z nowoczesnością.

Ostatniego dnia poszliśmy do parku w Mumbaju. Tam zobaczyłam pewną kobietę z klasy średniej z dwójką dzieci. Siedzieli niedaleko nas na trawniku. Podarowałam jej srebrną obroczkę, którą nosiłam w Indiach (udając mężatkę). Kupiłam ją tylko na ten wyjazd, bo normalnie nie noszę takich rzeczy i nie chciałam jej wyrzucać. Ona pocałowała ją, przyłożyła do czoła i od razu włożyła na palec. To było coś niesamowitego.  Potem poczęstowała nas domowym ciastem.  Pycha.

1 Komentarz

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.