Moja geografia szczęścia

Skończyłam właśnie czytać „Geografię szczęścia” Erica Weinera, na którą od dłuższego czasu polowałam. Gorąco polecam tą niezwykle interesującą książkę o poszukiwaniu szczęśliwych narodów. Moja mapa szczęścia będzie się trochę różniła metodologią – mianowicie znajdą się na niej nie kraje, których obywatele są szczęśliwi, a takie, w których ja czułam się szczęśliwa.

Numerem 1 jest Czarnogóra. To przepiękny kraj, w którym mieszkają wspaniali, mili, otwarci, gościnni i wiecznie uśmiechnięci ludzie.  Przykładowo podczas festiwalu ryb w miejscowości Petrovac, kiedy staliśmy w kolejce po darmowe ryby, wszyscy podawali sobie z rąk do rąk darmowe piwo i winoJ Chłopak, który rozlewał napoje, jak zobaczył, że nie mam nic do picia, podał mi kubek czerwonego wina. Więcej o Czarnogórcach możecie poczytać na
http://swiatoczamigoski.blog.pl/balkanska-dusza/

Na drugim miejscu postawiłabym Kubę i Indie. Na Kubie od momentu przyjazdu do końca pobytu czułam się szczęśliwa i gdyby panował tam inny ustrój chętnie bym się przeniosła na tą wspaniałą wyspę. Kubańczycy są niezwykle ciepłymi, miłymi i optymistycznymi osobami. Sprzedawcy na targu chętnie z nami rozmawiali, nawet jak nie miałyśmy zamiaru niczego kupować, poznani na ulicy Kubańczycy zaprosili nas do siebie na obiad; Kubanka, której obiecałam oddać kosmetyki (szampon, odżywkę do włosów, pastę itd.), których nie zużyłam podczas wakacji, przyniosła mi w zamian CD z Kubańską muzyką. Pewnego dnia, kiedy spacerowałyśmy po ulicach Hawany zajrzałam jakieś domu przez okno, mieszkała w nim malarka, która zaprosiła mnie do środka. Innym razem przechodziłam koło mieszczącego się na parterze pomieszczenie, w którym odbywała się próba zespołu muzyczno – tanecznego, tancerki wciągnęły mnie do środka i zaczęły pokazywać kroki. Wspaniali ludzie.

Także w Indiach czułam się szczęśliwa. Hindusi zaś, mają w sobie taką pozytywną energię, którą mnie zarażają.

Na drugim końcu mojego rankingu jest Japonia. Precyzując – Tokio. Kiedy rano wyszłam na spacer dziwnie się czułam, nie tylkodlatego, że byłam jedyną osobą idącą w przeciwnym kierunku, ale dlatego, że nikt się nie uśmiechał ani do mnie, mijając mnie, ani „do siebie”. Wszyscy byli posępni. Mieszkańcy Tokio wydają mi się smutni. Uśmiechają się, tylko wtedy, gdy obsługują klientów, albo jak się upiją. Im dłużej przebywałam w Tokio, tym smutniejsza byłam. Ze smutku wyrwała mnie spotkana na lotnisku Hinduska, wystarczyło, że przywitałyśmy się hinduskim „Namaste” i już na mojej twarzy wystąpił uśmiech.

Na mojej osobistej mapie szczęścia słabo wypadł też Meksyk. Myślałam, że Meksykanie będą podobni do Kubańczyków, tymczasem oni okazali się burkliwi i zamknięci w sobie. Nawet taksówkarz nie miał ochoty na rozmowę, tylko odpowiadał na pytania „tak” lub „nie”.

Dziwnie czułam się w Tajlandii. Tajowie należą do jednych z najbardziej uśmiechniętych narodów świata, ale nie zawsze chodzi o uśmiech radosny. Poza tym z nie zawsze wiadomych mi powodów, ciągle kłamali.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.