Moja pieprzna przyjaciółka

Wystarczyło, że usiadłam na ławce, a Pimienta od razu podbiegała do mnie i sadowiła się u mnie na kolanach. Często obejmowała mnie ręką za szyję i ciągnęła do siebie, tak że musiałam przyjmować najdziwniejsze pozycje. Kochałam tego czepiaka czarnego.

Czepiaki czarne, których angielska nazwa spider monkey (czyli małpo-pająki) wzięła się od tego,  że z daleka niektórym przypominają pająki, są moimi ulubionymi ssakami naczelnymi. Pokochałam te zwierzaki już w Brazylii (pamiętacie moich przyjaciół Chicę i Chico
http://swiatoczamigoski.blog.pl/niezwykla-przyjazn-z-czepiakami/
), a moja miłość do nich pogłębiła się w Boliwii. Jedną z moich ukochanych małpiszonów w La Senda Verde, boliwijskim sierocińcu była Pimienta (po polsku Pieprz) w skrócie Pimi. Imię to odnosiło się raczej do koloru futra aniżeli charakteru, bo było to jedno z najłagodniejszych i najukochańszych zwierząt w La Senda Verde.

Tuż po tym jak przyjechałam do ośrodka Pimi poroniła. Nigdy nie zapomnę, kiedy przyszła do mnie i tak mocno się we mnie wtuliła. Niemal fizycznie mogłam czuć jej ból. Mało się nie poryczałam. Ściskała mnie tak, jak ja przytulam moją mamę, gdy jest mi tak bardzo źle. Z jednej strony czułam się wyróżniona, że właśnie do mnie przyszła, jednak równocześnie było mi ogromnie smutno. Siedziałyśmy tak dzieląc jej nieszczęście. Niestety musiałam ją zostawić, bo czekały na mnie obowiązki. Niechętnie przeszła do jednego z weterynarzy. Musiałam odnieść coś do domku i akurat wracałam, kiedy Pimi siedziała na ścieżce. Jak tylko mnie zobaczyła, złapała mnie łapeczką i ciągnęła, żebym koło niej znowu usiadła. Trzymała moją nogę ogonkiem, próbowałam jej wytłumaczyć, że teraz nie mogę i że wrócę później. Wzięła mnie za rękę i próbowała gdzieś zaprowadzić. Serce mi się łamało, ale musiałam wrócić do pracy. Uwinęłam się migusiem i biegiem do niej wróciłam. Przez pewien czas po poronieniu leciała jej krew i się o nią martwiliśmy.

Pimi często do mnie przychodziła, żeby się przytulić. Wiązało się to z ćwiczeniami akrobatycznymi, bowiem czepiak ten często obejmował mnie za głowę i np. ciągnął ją w dół do moich kolan. Tak, żebyśmy były tak blisko, jak to tylko możliwe. Kiedyś jak się położyłam na ławce, ona się położyła na mnie, później siadła obok ławki kładąc swoją głowę na mojej. I tak sobie leżałyśmy, kiedy nad nami zobaczyłam papugę na gałęzi. Wiedziałam co mnie czeka, miałam tylko nadzieję, że nic nie spadnie mi na twarz. Na szczęście załatwiła się kawałek od nas.

Kiedyś przenosiliśmy margaja do innej klatki. Pimi jak nas tylko zobaczyła wskoczyła na klatkę, zawołałam ją i przyszła do mnie, ale ciekawość wzięła górę. Złapała mnie za rękę i prowadziła za chłopakami, którzy nieśli klatkę. Na szczęście w końcu udało mi się ją zatrzymać, ale ani myślała schodzić. Siadłyśmy więc na ścieżce. Potem jakaś inna małpa, która akurat bawiła się na gałęziach wskoczyła mi na plecy i jakby nigdy nic pobiegła dalej. Krok po kroku przekonywałam Pimi, żebyśmy zeszły. Najpierw dotarłyśmy do naszego domku położonego przy ścieżce, potem udało mi się ją przekonać, żebyśmy zeszły na taki placyk. Kochałam moją Pimi, która jak tylko mnie widziała przychodziła i przytulała się do mnie. Często przytrzymywała mnie dodatkowo ogonkiem za nogę, żebym jej czasem nie uciekła.

Innym razem kiedy siedziałam z Pimi, wskoczyła na mnie Oliva, a chwilę później też Viento (największy samiec z czepiaków czarnych). I tak Oliva weszła na moje ramiona, Pimi siedziała na jednym, a Viento na drugim kolanie. Ja zaś dosłownie nie mogłam się ruszyć.

Jednak pod koniec mojego pobytu troszkę się na mnie chyba obraziła. Prawdopodobnie za to, że chcieliśmy z weterynarzem Camillo zrobić jej zastrzyk, kiedy krwawiła.

Po wolontariacie w La Senda Verde, odwiedziłam jeszcze inny ośrodek – AFASI. Tam również większość małpek mieszka wolno. Wiele zwierząt podobnie jak w LSV było wcześniej zwierzątkami domowymi:(. Kapucynki skakały po mnie. Jedna nawet podzieliła się ze mną orzeszkiem wkładając mi go prosto do buzi. Były jak małe niesforne dzieciaczki. Najbardziej polubiłam czepiaka czarnego Negritę, która drugiego dnia mojego pobytu weszła na moje ramiona i przytuliła się do mojej głowy. Czułam się cudownie.

Uwielbiam czepiaki czarne, bo są wspaniałe. I właśnie przez tą miłość do nich uważam, że to bardzo zły pomysł trzymać je jako zwierzątka domowe. One uwielbiają się ruszać, bawić, skakać po gałęziach. Potrzebują przestrzeni i wolności.

Patronem medialnym projektu jest National Geographic Traveler.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.