Niedźwiadek to nie pies

W lipcu cały świat obiegła historia Chińczyka, który kupił dwa psy, które w rzeczywistości  okazały się małymi niedźwiadkami himalajskimi. Rodzina, która „przygarnęła” małą Tipnis od razu wiedziała, że to niedźwiedź andyjski. W przeciwieństwie do Chińczyka, który jak odkrył prawdę oddał dwuletnie już niedźwiadki do specjalnego ośrodka, boliwijska rodzina postanowiła zatrzymać Tipnis. Biedny zwierzak przez parę miesięcy chodził na łańcuchu uwiązanym do metalowej beczki. Dopiero we wrześniu 2011 roku po anonimowym zgłoszeniu niedźwiedzica została uratowana i dwa miesiące później przewieziona do boliwijskiego sierocińca dla dzikich zwierząt La Senda Verde. Ważyła wówczas niespełna 7 kg, co było wynikiem złej diety. Przez kolejne trzy miesiące przytyła 20 kg. Obecnie waży ok. 80 kg, a kiedy stanie na dwóch łapach jest niewiele niższa ode mnie.

Tipnis ma do dyspozycji położone w lesie 1400 m2. Ma swój basen i drewnianą platformę, na której uwielbia odpoczywać i spożywać posiłki. Jej klatka leży w lesie tuż za zagrodą Arumy.

Zielony ekran odgradza ją od oczu wścibskich turystów (na szczęście grupy są bardzo małe (zaledwie kilkuosobowe) i zdarzają się dosyć rzadko), którzy mogą oglądać tylko jej sąsiada.. Kiedy zbliżałyśmy się do jej zagrody, Tipnis nie mogła nas zobaczyć, więc chciała nas poczuć. W tym celu stawała na dwóch łapach i ruszała głową, żeby lepiej „złapać” unoszący się w powietrzu zapach. Może zastanawiała się co tym razem przyniosłyśmy jej na lunch.

To właśnie z powodu Tipnis, którą nadal stresowały obce osoby, żeby móc się opiekować niedźwiedziami trzeba było przyjechać na co najmniej miesiąc. Na samym początku mojego wolontariatu raz biegła wprost na mnie, stałam w miejscu czekając na rozwój wydarzeń. Na szczęście w ogradzającym zagrodę drucie pod napięciem elektrycznym, w tym dniu był prąd.  Niedźwiedzica zatrzymała się przede mną, po czym uciekła. Nigdy więcej ta scena się nie powtórzyła, ale przez długi czas jej nie ufałam.

Musiałam się przełamać, kiedy Mariela pojechała na urlop, a ja przejęłam dawanie Tipnis orzeszków. W przypadku niedźwiedzicy to zajęcie było przypisane do jednej osoby. Podchodziłyśmy we trzy do wspomnianego zielonego ekranu, po czym jedna z nas (początkowo Mariela, później ja) szła wzdłuż ogrodzenia na koniec zagrody. Przez dłuższy kawałek szło się wąską ścieżką tuż przy ogradzającym zagrodę drucie. Ponieważ nie udałam Tipnis, droga ta początkowo mnie stresowała. Później zaczęłam się cieszyć, że niedźwiedzica biegnie do mnie i mamy chwilę czasu, tylko dla siebie. Myślę, że zaprzyjaźniłyśmy się. Tipnis jak tylko mnie widziała biegła na koniec klatki. Uwielbiałam ten moment dnia. Siadała, a ja rzucałam jej orzeszki. Była głupsza od swojego sąsiada, który zawsze znajdował rzuconego mu orzeszka. W przypadku Tipnis musiałam dokładnie wyczekać moment jak zjadła jednego i była gotowa na drugiego i rzucić go jej tuż przed pyskiem, tak żeby go widziała. Inaczej często nie znajdowała przysmaku. Ja natomiast nie chciałam, żeby odeszła ode mnie, podczas, gdy ktoś był w środku jej zagrody. Raz mnie zestresowała. Mimo, że orzech spadł tuż przed nią i na pewno go widziała, zignorowała go i wspięła się na górę. Dałam znak dziewczynom (byłam wtedy z Sarą i nową wolontariuszką, Kelly już nie było, a Mariela miała dzień wolny), żeby wyszły z klatki. Tipnis rozglądała się przez chwilę. Myślę, że spodobało się jej, że nowa wolontariuszka weszła do niej do klatki. Kiedy niedźwiedzica do mnie wróciła, odetchnęłam z ulgą, a dziewczyny mogły skończyć sprzątanie.

Co trzeci dzień rzucałyśmy Tipnis kokosa do basenu. Wyławiała go po czym zmykała na drewnianą platformę. Podobnie robiła, gdy dostawała arbuza(tyle, że tego kładłyśmy na ziemi). Bezpieczna na swojej platformie pazurami rozdzierała owoc. Uwielbiałam ją obserwować.

Patronem medialnym projektu jest National Geographic Traveler.

 

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.