Nietoperze, diabły tasmańskie i Daisy

Żeby utrzymać koalę przy życiu niezbędne są nietoperze. One bowiem przyczyniają się do zapylania drzew eukaliptusowych, które stanowią pożywienie dla koali.

Miałam przygotować jedzonko. Menu to 2 kawałki arbuza, 2,5 melona, 2 zielone melony, papaje, 3 pomarańcze, 6 kiwi, 8 bananów, jabłka lub gruszki (5 szt.), 18 szt. winogron. Pisałam z pamięci, więc mam nadzieję, że niczego nie przekręciłam (w kuchni nie było czasu, żeby spisywać diety zwierząt, więc wszystkie notatki robię po skończeniu pracy). Najpierw musiałam zawiesić kawałki owoców ze skórką na takim metolowym łańcuchu. Z brzegów szły dwa kawałki arbuza, a po środku pół melona i gruszka. Pozostałe owoce na ogół obierałam ze skórki i wydłubywałam z nich pestki, a potem kroiłam w kostki. Całość miałam rozdzielić do 2 dużych plastikowych wiaderek, 3 mniejszych i dwóch metalowych menażek, a potem do każdego pojemnika dodać odpowiednią ilość suplementu i rozmieszać. Musiałam uważać, żeby do menażek trafiło po trochu każdego z owoców, bo one były przeznaczone dla pacjentów w szpitalu. Jedzenie to przygotowywałam dla nietoperzy. Jak wszystko było gotowe poszłyśmy je nakarmić. W takim zamkniętym pomieszczeniu było kilka klatek – w pierwszej mieszkał diabeł tasmański, w drugiej ok. 18 nietoperzy, przynajmniej tak wynika z moich kalkulacji. Widziałam też jednego małego:)

Do klatki mogła wejść tylko opiekunka, bo, aby mieć bezpośredni kontakt z nietoperzami trzeba być zaszczepionym. Najpierw wieszała u góry klatki na metalowych hakach wiaderka, a potem łańcuch z kawałkami jedzenia. Nietoperze strasznie śmierdzą, ale są słodkie. Jak tylko pierwsze wiaderko zawisło, jeden tak śmiesznie zanurkował do niego, że widać mu było tylko stopy. Inny rozprostował skrzydła, pokazując mi się w całej okazałości. Ucieszyłam się, że chce się mi pokazać, a Vanessa (opiekunka) mówi do mnie: „Chce Cię nastraszyć”. No cóż, chyba nie opanowałam jeszcze mowy ciała nietoperzy :).

Innego razu jak karmiłyśmy nietoperze, najpierw rzuciłyśmy jedzonko diabłowi tasmańskiemu. Rebecca wrzuciła mu kulki mięsa do takiego tekturowego pudełka. Diabeł najpierw próbował do niego zajrzeć, ale jak pudło się gibotało, więc uciekał. Po kilku  próbach w końcu przewrócił pudełko i nieśmiało do niego zajrzał, a potem już zajął się konsumpcją. Ale i tak moim idolem był taki jeden, który chyba zawsze biegał po zagrodzie w kółko (czasem robił zmyłki i zmieniał kierunek, albo robił kółeczko wokół własnej osi). Podobno na wolności diabły tasmańskie biegają w kółko, żeby wywęszyć jedzenie.

Moją ulubienicą została zaś Daisy – złoty opos. Kiedy pierwszy raz u niej byłyśmy siedziała zwinięta w kulkę w środku pniaka. Widząc ją na zdjęciu myślałam, że jest taka maleńka, rozmiarów chomika, tymczasem ona okazała się być wielkości kota. Zajęłam strategiczne miejsce za szybką, a Rebecca ją wywabiła brokułem. Daisy jak na prawdziwą panienkę przystało wzięła brokuła w łapki i zaczęła go chrupać. Mimo, ż Rebecca podawała jej już kolejny kawałeczek, Daisy najpierw wyjadła okruszki, które spadły i dopiero potem wzięła w łapki kolejny kawałek. Następnym razem mogłam ją osobiście nakarmić. Tym razem zastałyśmy ją z Souri (opiekunka) w mniejszym pniu i łatwiej było ją wywabić. Daisy wzięła ode mnie przysmak, tak jak poprzednio w łapeczki, kucnęła sobie i powolutku chrupała. Słodziutka jest, trochę przypomina mi chomika, one też tak siadały i brały jedzonko w łapki. Poza porą jedzenia na ogół spała, jej czas przypadał na noc. Wtedy podobno używała życia.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.