O tych, co szli przodem

Jedziemy trasą, którą dawno temu przemierzali Voortrekkers  (afr. ci, co idą przodem), czyli burscy pionierzy w RPA. Zamykam oczy i wyobrażam sobie, że siedzę nie w nowoczesnym samochodzie z napędem na cztery koła, a wozie ciągniętym przez 16 wołów.

Wczesnym rankiem wyjeżdżamy z Bloemfontein, stolicy Wolnego Państwa. To chyba najbrzydszy dzień podczas mojego pobytu. Leja jak z cebra, więc cieszę się, że zabrałam ze sobą kalosze.

Nasza trasa początkowo wiedzie głównie przez pola. Jak powiedział mi przewodnik w Wolnym Państwie jest 40 tys. różnych farm, z których pochodzi 70 proc. zboża w kraju. Miasta w tym regionie oddalone są od siebie o 30-40 km. Tyle w ciągu dnia byli w stanie przejechać Voortrekkerzy. Zatrzymywali się na noc, czasem na dłużej zakładając osady.  Mijamy historyczne miasteczka Ladybrand, Ficksburg, Fouriesburg, Clarens.

Za oknami przewijają się pola słonecznikowe. Ponieważ nie ma słońca, główki mają skierowane do ziemi, ja tymczasem wyobrażam sobie jak to było kiedyś. Jedna rodzina podróżowała 6 wozami. W jednym spakowane były narzędzia, drugi był swoistą spiżarnią, w kolejnym mieściła się kuchnia, w następnym wieziono broń i amunicję. Rodzice mieli swój własny wagon sypialny, a kolejny przeznaczony był dla córek. Chłopcy spali pod wozem.

Wozy ciągnęły woły. Dokładniej mówiąc 16. Dodatkowe 32 szły za wozami, bowiem 2 razy dziennie (każdego dnia w południe i po południu) były zmieniane. W wozach jechały żywe kurczaki w klatkach, za ciągnęły się krowy, byki, owce, konie. W karawanie jechało 10-15 rodzin.

Mijamy malutką miejscowość Ladybrandt, w której podobno jest sporo budynków z piaskowca. Osobiście widziałam jeden.  Dalej mijamy pola słonecznikowe, kwiaty podniosły trochę główki, co daje mi nadzieję na powrót słońca. Małe skałki „wyrastają” z trawy. Dojeżdżamy do Fickburga. Z murowanej kolumny wystaje poziomy pręt, na którym widnieje napis Fickburg. Mijamy Fouriesburg i dojeżdżamy do Clarens. Ze wszystkich wymienionych miasteczek, to jest najbardziej urokliwe. Zatrzymujemy się na chwilę i wychodzimy na krótki spacer, bo akurat przestało padać. W centrum jest sporo urokliwych sklepów z wyrobami Zulusów, knajpki i  ładny Kościółek z piaskowca.

Następnie ruszamy w stronę Drakensberg. Niebo się przejaśnia i wychodzi słoneczko. Mijamy przepiękne krajobrazy, nie mogę oderwać oczu od widoków.

To jedna z najpiękniejszych tras, jaką w życiu jechałam. Mijamy Golden Gate i dojeżdżamy do Natal Reserve, gdzie zatrzymamy się w uroczym domku z przepięknym widokiem na góry, ale o tym w następnym wpisie.

 

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.