Półdziki ostronos jak pies

Akurat się podnosiłam, gdy zobaczyłam długi pyszczek i małe wpatrujące się we mnie oczka. To była Kantuta, półdziki ostronos, który pewnego marcowego dnia 2008 roku zjawił się w boliwijskim sierocińcu dla dzikich zwierząt La Senda Verde i postanowił tam pozostać. Podejrzewam, że przyczyną tego była masa dostępnego jedzenia: jajka i owoce w ogrodzonych murkiem do kolan zagrodach dla żółwi oraz owoce na drewienkach przymocowanych do drzew.

Moje pierwsze spotkanie z Kantutą było niemal komiczne. Wcześniej nawet o niej nie słyszałam. Drugiego dnia mojego wolontariatu w La Senda Verde razem z Sarą i Lottie pomagałyśmy ogrodnikowi Juanowi przeprojektować jedną z zagród kapibary. Naszym zadaniem miało być kopanie niedużych, okrągłych dziur w ziemi. Kiedy podnosiłam się, po tym jak skończyła kopać dołek  przy siatce, niemal nosem zetknęłam się z nosem Kantuty. Ostronosy na żywo widziałam wcześniej w Brazylii, ale ten był od nich sporo smuklejszy i miał nieco inne ubarwienie. Miał ciemną mordkę, tułów w różnych odcieniach brązu oraz prążkowany ogon. Kantuta miała malutkie oczka, które się we mnie wpatrywały. Ja natomiast nie miałam pojęcia czy jest dzika czy oswojona i jak mam się zachować. Miałam wrażenie, jakby chciała, żebym ją pogłaskała. Po tym jak przez kilkanaście sekund wpatrywała się we mnie, zeszła po mojej stronie po siatce i na chwilę zatrzymała się przy mnie. Potem zaczęła w ziemi szukać jedzonka. Juan wyjaśnił mi, że Kantuta jest raczej przyjazna i mogę ją pogłaskać, ale  lepiej się do niej nie zbliżać, kiedy szuka jedzenia, bo wtedy robi się agresywna. Ona zaś postanowiła szukać jedzonka właśnie w moim pobliżu, uniemożliwiając mi monetami pracę. Od razu ją polubiłam i wiedziałam, że zostaniemy przyjaciółkami.


Następnego dnia, jak ją tylko zobaczyłam pogłaskałam ją. Kantuta szybko zaczęła do mnie przychodzić. Jak szłam w korytarzu dla ludzi, a ona była po drugiej stronie, szła równolegle do mnie, żebym wyszła i ją pogłaskała. Kiedy siadałam ona wskakiwała mi na kolana, żebym ją pogłaskała. Czasami nawet przysypiała. Szybko stała się moją najlepszą przyjaciółką w ośrodku i nie było dnia, żebyśmy się nie bawiły.

Tak więc kiedy pewnego dnia Vicky, właścicielka ośrodka, wpadła na pomysł dokarmiania Kantuty, od razu zgłosiłam się na ochotnika. Jej dietę ustalałam z Markym, jednym z weterynarzy w ośrodku. I tak codziennie dawałam jej surowe jajko, trzy razy w tygodniu serek biały, czasem banana lub papaję, winogrona, miodzik itp. Ponieważ Kantuta była całkowicie wolnym zwierzątkiem, musiałam jej wypatrywać. Nie miała ani miseczki, ani klatki, nie była tez przyzwyczajona do stałych por żywienia. Chodziła, gdzie chciała i kiedy chciała. Najczęściej spotkałam ją w okolicach restauracji. Na początku dawałam jej serek, albo owoce zachowując jajko na koniec, ale szybko nauczyła się, że mam dla niej jajko, które uwielbiała i wchodziła na mnie w poszukiwaniu tego przysmaku. Dawałam jej jajeczko, które rozgrywała ząbkami i wylizywała całą zawartość.

Owoce brała w łapki. Ja tymczasem musiałam mieć oczy szeroko otwarte. Biegające po ośrodku małpy były bowiem bardzo ciekawskie i czasem mogłyby mieć ochotę podwędzić Kantucie jedzonko, ale ona wtedy robiła się bardzo agresywna. Ja zaś musiałam dbać o bezpieczeństwo wszystkich zwierząt. Z jednej strony chciałam ją nauczyć jeść w jednym miejscu, z drugiej zawsze musiałam zważać na to, czy gdzieś nie ma jakiś małp. Czasami nawet dawałam jej jedzonko z ręki, albo siadałam na murku i ją wołałam a ona wskakiwała na moje kolanka.

 

Patronem medialnym projektu jest National Geographic Traveler.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.