Rodzinne porządki

W weekendy pracę wykonują 2 osoby z 8 pracowników (Alan, który w tygodniu zajmuje się ogrodnictwem, w weekend także opiekuje się zwierzętami). Ten weekend przypadł na Rose i Silvanę, które jak zwykle wspomogły ich rodziny i ja. Oni tworzą niesamowitą grupę pracująca razem jak jeden sprawny mechanizm. Tyle, że zaczynają o 4.30 rano.

Ponieważ chciałam maksymalnie wykorzystać mój czas w Criadouro Onca Pintada zamiast zwiedzać np. Kurytybę, w weekendy zostawałam w ośrodku i pomagałam pracownikom. Ale wstanie o 4 rano było dużym wyzwaniem. W sobotę przyszłam trochę po 5 rano, w niedzielę poszło mi lepiej, byłam w  kuchni już za dwadzieścia piąta.

Wracając do soboty, kiedy weszłam do kuchni Rose z mężem Vicentem, 22 – letnią córką, mężem Silvany,16-letnią córką Silvany Jackeline, 21- letnim synem Neusi i bratem Vicenta uwijali się już jak mróweczki. Kiedy przyszłam Rose wyściskała mnie na przywitanie. Vicent też mnie wyściskał. To dla nich dużo znaczyło, że jako jedyna z wolontariuszek postanowiłam im pomóc. Rose zapytała mnie czy umiem przygotować koktajl dla mrówkojada, na wszelki wypadek dała mi przepis, a ja upewniłam się, że dobrze zrozumiałam nazwy wszystkich witamin, które miałam dodać. Przyrządziłam cztery butelki koktajli dla mrówkojada wielkiego – dwie na rano i dwie na wieczór oraz dwie butelki dla mrówkojadów czteropalczastych – po jednej na śniadanko i na kolacje. Rose pochwaliła mnie, że się tak szybko uwinęłam. Potem zapakowaliśmy większość jedzenia na przyczepkę mini traktora, a część rzeczy na taczki.

Faceci rozwozili jedzonko, my zajęłyśmy się kilkoma klatkami ptaków: zmieniłyśmy jedzonko i umyłyśmy niektóre. Fajnie, bo praca było dobrze zorganizowana i grupowa, kiedy z Rose kończyłyśmy sprzątać w klatkach u zwierzaków, dziewczyny (córka Rose i Silvany) poszły do ptaszarni, którą w tygodniu zajmował się Francisco, żeby wyrzucić z misek stare jedzonko. Potem przyszłyśmy my i szłyśmy korytarzem, po którego dwóch stronach znajdowały się klatki ptaszków i wkładałyśmy świeże jedzonko do misek, a te do specjalnych klatek. Rose jest tak energiczna, że ciężko było za nią nadążyć, ale jakoś dałam radę. Śmiesznie, bo ona już podchwyciła „lisku lisku” i jak przechodziłyśmy koło Tche to tak do niego wołałaJ. Potem na przyczepce wszyscy wróciliśmy do kuchni. Strasznie miło mi się zrobiło, gdy córka Rose powiedziała, że dzisiaj się szybko uwinęliśmy, a Rose jej powiedziała: „Bo mamy Gośkę”.

W kuchni Rose zrobiła kawę dla wszystkich i mogliśmy się poczęstować chlebem, a właściwie bułą, którą upiekła jej córka.  Pyszna była.

Potem poszłyśmy nakarmić małpeczki. Rose dała mi kososa, żebym go pokroiła i dała kapucynkom. Skończyliśmy ok. 11.20, więc miałam jeszcze sporo czasu do lunchu. Siadłam przy moich kochanych chico i chice i trochę je pogłaskałam, potem zajrzałam do Afrodite, a następnie do Perseu. Mój koteczek miał ochotę na pieszczoty. Nigdy tego nie robię,  ale z nim już się tak dobrze znamy, że wkładam całą rękę przez siatkę i go głaszczę po głowie i boczkach.

Po lunchu czekaliśmy na skrzynki z supermarketu. Stałyśmy z Rose pod kuchnią i nawoływałyśmy inną wolontariuszkę Emmy, która zrobiła sobie dzisiaj wolne, ale została w ośrodku. Kristina pojechała do Kurytyby. W dodatku pracownicy zamiast Emmy, mówią na nią Emily. Więc szeptałyśmy „Emily, chodź, pomóż nam” i chichrałyśmy przy tym. Rose jest super, zawsze uśmiechnięta i można sobie z nią pożartować. W końcu przyjechała ciężarówka, było nas chyba pięcioro. Pomyślałam: będzie ciężko. Tymczasem nagle pojawiło się mnóstwo ludzi, którzy zaczęli nam pomagać. Byłam im ogromnie wdzięczna. Córka Silvany mi pomagała, razem nosiłyśmy ciężkie skrzynki podawałyśmy sobie owoce. Powiedziała mi, że jej mama bardzo mnie lubi. Okazało się, że Silvana dużo o mnie opowiada. Bardzo miło się zrobiło. Potem poszłyśmy z Rose i Jackeline nakarmić mrówkojady, niestety zaczęło padać i nie mogłyśmy się z nimi pobawić. Okazało się, że tata mrówkojad zaklinował się w korze drzewa i tym samym przyblokował syna. Musiałyśmy go wyciągnąć.

Na koniec wszyscy mnie bardzo wyściskali i podziękowali.  To był niesamowity dzień. Przez chwilę czułam się jak członek ich rodziny.

Wieczór był równie piękny, bo poszłyśmy z Cris nakarmić Perseu. Najpierw daliśmy jajeczka Zeusowi i Isis. Uwielbiam jak Zeus delikatnie je jajeczka z mojej ręki. Dzisiaj się ścięły, więc  musiałam im zwrócić uwagę. Od razu się uspokoiły. Cris śmiała się, że za tydzień wszystkie koty w ośrodku będę znały perfekcyjnie polski:)

Patronem medialnym projektu jest National Geographic Traveler.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.