Soweto, czyli sypialnia czarnych

Nazwa Soweto jest skrótem od South Western Townships. W latach 50 – tych XX wieku apertheidowski reżim zlecił wybudowanie pod Johannesburgiem dzielnicy, która miała być sypialnią dla czarnych imigrantów, od których w znacznym stopniu uzależnione było funkcjonowanie metropolii. Soweto zaczęło się rozrastać. Z czasem powstała rozległa aglomeracja osiedli zamieszkanych przez osoby czarnoskóre. Obecnie to największe miejskie skupisko czarnoskórej ludności na kontynencie. Znajdujemy tu bogatsze dzielnice, ładne domki, zadbane uliczki, parki. Na obrzeżach zaś powstają slumsy.

To tutaj rozkwitł opór przeciwko rasistowskiemu reżimowi. Dlatego pierwszym punktem mojej wycieczki jest Mauzoleum i Muzeum Hectora Pietersona. Pomnik powstał na cześć 12-letniego chłopca, który zginął w starciach z policją. Do incydentu doszło 16 czerwca 1976 r. podczas protestów afrykańskich uczniów przeciwko wprowadzeniu do szkół dla czarnoskórych języka afrikaans jako jedynego wykładowego. Zginęło wtedy 20 dzieci.

Następnie udajemy się do Kościoła Regina Mundi, który także był ważnym ośrodkiem walki z apartheidem. W Kościele jest kilka kobiet oraz chór przygotowujący się do kolejnego występu. Wszyscy z zaciekawieniem przyglądają się dwójce białasów.

Śledzące nas spojrzenia towarzyszą nam przez cały pobyt w Soweto. Kolejnym punktem jest dom Nelsona Mandeli, który można zwiedzać.

Mnie zaś bardziej interesuje mniej turystyczna część miasta. Mijamy domki w stylu elefanta, czyli z zaokrąglonymi dachami, które często pomalowane są na kilka kolorów w zależności od tego, ile rodzin mieszka w domu. Wiele rozdzielonych jest też murkiem w połowie. Jesteśmy jedynymi białymi w tej okolicy i mieszkańcy uważnie nas obserwują.

Jedni podchodzą się przywitać, niektórzy wręcz chcą nas wyściskać, pewna para jadąca samochodem zatrzymała się koło nas, żeby zapytać czy wszystko w porządku. Starsza Pani woła mnie, żebym zrobiła jej zdjęcie. Myśli, że jestem z prasy. Dalej mijamy siedzące na krzesłach wystawionych na ulicy kobiety. Obok w parku Orlando West bawią się rodzice z dziećmi. Najbardziej podobały mi się „punkty fryzjerskie na otwartym powietrzu”. Pod takimi fotelami z daszkami ustawionymi na ulicy siedzieli Panowie, a fryzjerzy strzygli ich. Na koniec wstępujemy jeszcze do słynnego Shebeen, czyli nielegalnego baru. Podobno nawet Angelina Jolie i Brad Pitt tam byli. Na ścianach pełno wizytówek, pieniążków narodowych i innych dowodów na to, że ktoś tam był. Najbardziej zastanawiające były te wizytówki z numerami telefonów i mailami. Nawet mnie kusiło, żeby zadzwonić do jakiegoś managera z BMW czy KPMG.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.