Spotkać pingwiny w Afryce

Jedną z najważniejszych rzeczy jakie chciałam zrobić będąc w Kapsztadzie było zobaczenie pingwinów. Dlatego po drodze do Przylądka Dobrej Nadziei minęliśmy wiktoriańskie miasteczko Simon’s Town i zatrzymaliśmy się przy plaży Boulders, którą zamieszkują pingwiny. Jest to największa i jedna z trzech kolonii pingwinów na stałym lądzie w tym kraju. Jej nazwa pochodzi od ogromnych głazów, które tam występują.

Wszystko zaczęło się w 1982 roku od pary pingwinów. Przez lata kolonia rozrosła się do ok.  2200 osobników. Jest to jedno z niewielu miejsc na świecie, gdzie z tak bliska można obserwować wolno żyjące pingwiny w ich środowisku naturalnym. Jednak, żeby je zobaczyć muszę zapłacić 55 randów (ok. 17 zł).

Kiedy przyjechaliśmy byliśmy niemal jedynymi turystami, poza fotografem. Normalnie podobno są tu takie tłumy, że trzeba się ustawiać w kolejce, żeby móc zrobić zdjęcie. My zaś mieliśmy wszystkie pingwiny dla siebie. Chodziliśmy po drewnianych platformach, a pingwinki znajdowały się po obu ich stronach, czasem przechodziły pod nami. Po raz pierwszy w życiu słyszałam jak się nawołują. Otwierają dzióbki w górę i wydają dźwięk, który niektórym przypomina ryczenie osła. Właśnie dlatego nazywano je oślimi pingwinami.

Potem przeszliśmy po drewnianej platformie w stronę plaży. Tam było ich jeszcze więcej, jedne wygrzewały się na skałach, inne pływały w wodzie. Najbardziej podobały mi się te, które gdzieś szły. One są takie śmieszne jak chodzą, jakby podnosiły nie tylko nogę, ale cały bok ciała i tak się gibają na boki. Jak napotkają przeszkodę na drodze np. schodek na piasku, tak śmiesznie się potykają, albo ześlizgują. One są takie słodko niezdarne. Najbardziej podobało mi się jak wskakiwały do wody, żeby popływać. Mogłabym je obserwować godzinami.

Biało czarne umaszczenie służy im do kamuflażu przed drapieżnikami, białe przeciwko podwodnymi, czarne patrzącymi z góry. Zmieniają sierść w grudniu, a do wody wracają w styczniu.  Od lutego do sierpnia składają jaja. Mają bardzo ostry dziób i podobno mocno gryzą.

Potem przeszliśmy do Foxy Beach. Przy okazji, ku mojemu zaskoczeniu odkryłam, że pingwiny żyją nie tylko na plaży, ale także w buszu. Miały tam zrobione przez ludzi domki. To była jedyna ingerencja człowieka w ich życie na tym terenie. Niestety wejście na Foxy Beach także kosztowało 55 randów, więc zanim zapłaciłam poprosiłam Panią, żeby sprawdziła czy są pingwiny. Podczas gdy na Boulders Beach można je obserwować z drewnianych platform, ale nie ma możliwości  bezpośredniego kontaktu z nimi, tak na Foxy Beach jest on możliwy. Niestety nie było tutaj w tym momencie żadnych pingwinów, więc nie chciałam płacić za nic. Strasznie ubolewałam, że nie mam zdjęcia z pingwinkiem koło siebie.

Kiedy wracaliśmy do samochodu, jeden pingwinek wyciągał głowę w moją stronę i nawet miałam ochotę go pogłaskać, ale siatka była za wysoka, więc nie dałabym rady.

Podobno brzydko pachniały, ale ja nic nie czułam, bo miałam zapchany nos. Czasem przeziębienie się przydaje:)

Patronem medialnym projektu jest National Geographic Traveler.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.