Sprzątanie, pralnia i nowi przyjaciele

Do ośrodka przychodzimy na 7.30, a pracę w teorii kończymy ok. 15.30-16. Zaczynamy od zebrania, na którym Nerea przyporządkowuje nas do porannych prac: sprzątania klatek zwierząt: leniwców, małp, ptaków i koni oraz zamiatania liści. Dwójka wolontariuszy zabiera małpy do lasu. Większość wolontariuszy pierwszego dnia pracy ma pozamiatać liście, bo to chyba najprostsze zadanie i nie trzeba zbyt wiele tłumaczyć. I tak było w moim przypadku. Kolejne zadania od 9.30 rozpisane są w zeszycie. W zależności od różnych, nie do końca zrozumiałych dla mnie czynników, były dwie (9.30-11.30 i 11.30-13.30)  lub jedna zmiana (9.30-13.30), podczas której można było dostać przydział w kuchni lub pralni, niańczenia zwierząt, pilnowania mrówkojada Tammy, siedzenia w ogrodzie leniwców, przynoszenia liści itd. O 13.30 -15.30 zadania były podobne, dochodziło jeszcze roznoszenie jedzenia. Niektórzy z nas oprowadzali jeszcze turystów po ośrodku. Były dwie, masowe grupy dziennie o 9.30 i 11.30 oraz prywatne grupy, które miały zwiedzanie indywidualne.

Pierwszego dnia pracy o 9.30 dostałam przydział w pralni. Praca była ciężka, ale padał deszcz, więc w sumie cieszyłam się, że mam schronienie pod dachem, ale jak skończyłam i tak byłam mokra. W pralni najpierw do specjalnym pojemników ze środkiem dezynfekującym wrzuca się ścierki, ręczniki, kocyki, kołdry. Najpierw trzeba je obejrzeć i jeśli są brudne, wypłukać je za pomocą gumowego węża. Po pewnym czasie trzeba to wszystko wyżymać. I jest to najcięższe zadanie. Nie mówię tu o małych ściereczkach czy ręcznikach, ale o sporych kocach. Jest to ciężkie fizycznie zadanie, w dodatku nie sposób się nie zmoczyć. Ale w dobrym towarzystwie, każda praca jest lżejsza. Mojego pierwszego dnia w pralni poznałam wesołą Francuzkę Audrey, która została moją najlepszą koleżanką i Danielle, którą także bardzo szybko polubiłam. Audrey zarażała swoim optymizmem i energią, a przez to, że fajnie nam się gadało, czas szybko płynął.

Potem pomagałam zmywać naczynia, a w przerwie przeszłam się po ośrodku. Widziałam pięknego ocelota. Potem miałam pomóc w tzw. „Nursery”, gdzie zajmowano się chorymi lub potrzebującymi specjalnej opieki zwierzakami, ale tam nie mieli specjalnie pracy dla mnie. Miałam wyczyścić dwie klatki, przynieść liście hibiskusa dla „dzieciaków” i je powkładać do klatek i wynieść kosz z brudnymi rzeczami do pralni. Potem z Devonem roznosiliśmy zwierzakom jedzonko. Mam nadzieję, że w przyszłości będę miała więcej kontaktu ze zwierzętami.

Po południu znowu padało, więc wybrałam się do miasta. Puerto Viejo oddalone jest ok. 3,5 km od mojego domku.  W teorii mogłabym tam pojechać rowerem, ale padało. Byłam przekonana, że jak podejdę do pobliskiego hotelu zamówią mi taksówkę. Tylko okazało się, że nie mieli żadnego numeru telefonu. Na moje szczęście przejeżdżała znajoma właściciela hotelu i podwiozła mnie do supermarketu. Witamy na Kostaryce:) Ana, bo tak miała na imię moja wybawczyni jest bezrobotną matką i zaproponowała mi, że jak bym chciała pozwiedzać, to ona chętnie obwiezie mnie po okolicy. 

Patronem medialnym projektu jest National Geographic Traveler.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.