Trzeci największy kanion świata

Panorama Route to jedna z najwyżej biegnących i najpiękniejszych tras RPA.

 

Strasznie się cieszę, że zostałam po wolontariacie na kilka dni, żeby cokolwiek zobaczyć. To niesamowite jak jadąc z Polokwane na południowy wschód zmieniał się krajobraz, jakby zmieniały się pory roku. Z brązowych, bezlistnych drzew, zrobiło się wiosennie i zielono. Minęliśmy plantację herbaty (jedyną w tej części kraju), a następnie bananów. Teraz w krajobrazie dominował zielony z niebieskim, bowiem na kiście bananów nałożone były niebieskie worki. Mają one chronić owoce przed ptakami i owadami. Podobno też wpływają na przyspieszenie procesu dojrzewania. Mijaliśmy także tartaki oraz największą fabrykę papieru w kraju. Nigdzie indziej w RPA nie produkuje się tyle drewna ile w tym regionie.

Z Polokwane skierowaliśmy się na południowy – wschód. Dojeżdżając do mieszczącej się niedaleko Hoedspruit wioski, gdzie spędziłam noc (pobyt w wiosce w osobnym wpisie). Następnie pojechaliśmy dalej na północ obierając jedną z najbardziej malowniczych tras w tym kraju – tzw. Panorama Route. Faktycznie widoki były zachwycające. Jechaliśmy przez Góry Smocze.

Dotarliśmy do Kanionu rzeki Blyde. 26-kilometrowy kanion jest trzecim pod względem długości na świecie po Wielkim Kanione w USA i kanionie namibijskiej rzeki Fish. Zatrzymaliśmy się w punkcie widokowym, z którego mogłam zobaczyć Trzy Okrągłe Chaty (Three Rondavels),  tzn. wzgórza, które przypominają tradycyjne cylindryczne chaty Zulusów i plemion Khosa  tzw. „rondavel”.

Kolejnym punktem wycieczki były Kociołki erozyjne Bourke’a (Bourke’s Luck Potholes) – jak dla mnie najpiękniejsze miejsce jakie widziałam w RPA. Kociołki nazwę zawdzięczają XIX – wiecznemu poszukiwaczowi złota Tomowi Bourke’owi, który kupił działkę z nadzieją, że znajdzie na niej złoto. Okazało się jednak, że kruszec owszem był, ale na sąsiedniej działce.

Przy każdym punkcie dla turystów znajdują się także targi, gdzie można kupić lokalne wyroby. Trzeba uważać jednak uważać, bo często lokalne znaczy Made In China. Weszłam w środek budek. Właśnie coś oglądałam, kiedy jedna sprzedawczyni zagadnęła do mnie. – Proszę coś u mnie kupić – porosiła, ale nie była natrętna, niczego mi nie wciskała. Wypatrzyłam coś, żeby ją wspomóc. Bardzo się ucieszyła, że cokolwiek udało jej się sprzedać i błogosławiła nas. Patrząc na inne stoisko zauważyłam przepiękny obrus w afrykańskie tradycyjne wzory. Okazało się, że to także było jej stoisko. Jakże się ucieszyła, że kupiłam jeszcze ten obrus, mało się nie popłakała ze wzruszenia. Powiedziała, żeby Bóg miał nas w swojej opiece i nas wyściskała z tego szczęścia.  Uwielbiam wspierać lokalną społeczność.

Potem pojechaliśmy na God’s Window, czyli boskie okno. Według przewodnika stamtąd miał się rozciągać „jeden z najwspanialszych widoków na świecie: zapierająca dech panorama niskiego weldu, ścielącego się 900 m niżej”.  No cóż jak dla mnie widok był ładny, ale bez przesady.

Po drodze minęliśmy także Magoebaskloof, które swoją nazwy wzięły od króla, który nie chciał płacić podatków. Kiedy lokalny rząd nałożył podatki na społeczność, król Makgoba odmówił ich płacenia. Wtedy rząd próbował go do tego zmusić. Dlatego ten ukrył się ze swoimi ludźmi w lesie. Rząd zwrócił się więc do plemienia Suazi o pomoc w wytropieniu Makgoby. Wojownicy wybili wszystkich ludzi Magoeba, a potem przynieśli jego skalp.

Naszą panoramiczną wycieczkę zakończył przepiękny 70 – metrowy wodospad Mac Mac, który  nazwano na cześć szkockich poszukiwaczy złota. Ih nazwiska większości z nich zaczynały się bowiem na „Mac”.

 

3 Komentarze

  1. jak zwykle , wszystko czytam z zapartym tchem, dla mnie to jest ciekawe , mogę nie ruszać się z domu i poznać dalekie kraje , dziękuje Gosiu.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.