Ucieka tylko jedzenie?

Cokolwiek by się nie działo, nie uciekajcie – poinstruował nas Jan, zanim wysiedliśmy z samochodu. Staliśmy w buszu obserwując słonia, kiedy wydał nam komendę „uciekajcie”. Co takiego się stało, że musieliśmy złamać podstawową zasadę?

Nhoveni to prywatny rezerwat połączony z Kruger National Parkiem. Po jego terenie mogą się poruszać tylko właściciele i ich goście. Teren należy do właściciela Moholoholo Rehabilitation Centre, dlatego pojechaliśmy tam na safari.

Wyruszyliśmy o 5.30 rano. Jechaliśmy odkrytym samochodem Mahindrą. Wydawało mi się, że byłam dosyć ciepło ubrana: bluza z kapturem, kurtka z kapturem, szal; ale i tak było mi zimno. Wiatr był tak mocny, że nałożyłam okulary przeciwsłoneczne, bo inaczej musiałabym zamknąć oczy. Żeby móc oddychać usta zasłoniłam szalem.

Na początku było trochę nudno, bo nie widzieliśmy żadnych zwierząt. Istniało ryzyko, że tak będzie przez cały dzień. Zatrzymaliśmy się w ośrodku na śniadanko i po krótkiej przerwie ruszyliśmy na poszukiwanie zwierząt. Jan (opiekun) opowiadał nam czym różni się kupa słonia od kupy nosorożca białego i czarnego. Ta pierwsza jest bardziej brązowa i znajdują się w niej większe, niezmielone kawałki. Słonie bowiem żywią się m.in. korą drzew. Kupa białego nosorożca jest bardziej zielona, bo je on przede wszystkim trawę.

Mijaliśmy toalety nosorożców, zwane tu Facebookiem. Dla nosorożców kupa (a dokładniej mówiąc jej zapach) to bomba informacyjna o jego właścicielu. Jan pokazywał nam jak tropić zwierzęta i które ślady są świeże, a które stare. Minęliśmy kudu, pawiany, bawoły. W końcu znaleźliśmy żyrafy, najpierw jedną schowaną w buszu, potem kilka na otwartej przestrzeni. Kiedy robiliśmy im zdjęcia, dostaliśmy cynk, że na terenie rezerwatu są słonie. Ruszyliśmy w pościg za nimi. Niestety okazało się, że stado słoni znajduje się na sąsiadującej posiadłości, na którą nie mamy wstępu. Mogliśmy je tylko zobaczyć z daleka, ale znaleźliśmy ślady innych słoni na naszym terenie i pojechaliśmy tym tropem.

Jan znalazł trop i pozwolił nam wysiąść z samochodu, żebyśmy śledzili słonie. Zanim to nastąpiło poinstruował nas: „cokolwiek by się nie działo, nie uciekajcie”. Kiedy szliśmy szukając słoni, zauważyliśmy ślady lwicy z małymi. Robiło się gorąco. Gdybyśmy weszli między matkę i jej potomstwo, mogłoby się to źle dla nas skończyć. Weszliśmy w busz. Znaleźliśmy słonia. Niestety przez krzaki średnio było go widać, kiedy szukałam jak najlepszego miejsca na zrobienia zdjęcia, usłyszałam komendę Jana: „Uciekajcie”. Myślałam, że to żart, ale jak zobaczyłam, że on i reszta wolontariuszy zaczyna biec, dołączyłam do nich. Nie wiedziałam o co chodzi. Przecież ucieka tylko jedzenie. Jak znaleźliśmy się na polanie, Jan zatrzymał się, a ja zaczęłam dopytywać, dlaczego zwiewaliśmy. Powiedział mi, że w buszu były matki z dziećmi. To było dla nas niebezpieczne. W krzakach, ani one nie mogły nas dobrze zobaczyć, ani my ich. Wyczułyby nasz zapach i mogłyby nas okrążyć i zrobić nam krzywdę. Na polanie jesteśmy dla nich widoczni, a jednocześnie bezpieczni. Potem już normalnym krokiem, bez większych przygód wróciliśmy do samochodu.

Tym razem mieliśmy więcej szczęścia. Znaleźliśmy stado kąpiących się słoni. To było urocze patrzeć jak się bawią: ciągną za trąby, ochlapują wodą. Podeszliśmy do nich całkiem blisko i obserwowaliśmy je.

Potem mieliśmy już bardzo dużo szczęścia. Widzieliśmy jeszcze kilka słoni z dosyć bliskiej odległości, bawoły, żyrafy, zebry. Kiedy obserwowaliśmy jednego słonia zaatakowała nas słonica z małymi, ale o tym w kolejnym wpisie.

Patronem medialnym projektu jest  National Geographic Traveler. 

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.