W afrykańskiej szkole

Od razu otoczyły mnie przedszkolaki. Każde z nich chciało mnie wziąć za rękę, a przynajmniej dotknąć.

Rano poszliśmy do szkoły podstawowej Sihlekisi. Idąc ulicą mijaliśmy uczniów ubranych w niebieskie mundurki. Dziewczynki były w jasno- niebieskich spódniczkach i granatowych bezrękawnikach lub sweterkach, w granatowych podkolanówkach lub czarnych rajstopach i nosiły czarne buty. Chłopcy zaś ubrani byli w granatowe lub czarne spodnie, jasnoniebieskie koszule i granatowe bezrękawniki. Dzieciaki przyglądały mi się z zaciekawieniem, ale nie podchodziły do mnie.

W szkole jest jedna klasa na każdym poziomie, uczy się w niej 20-40 dzieci. Na ogrodzonym terenie naprzeciwko siebie stoją cztery parterowe podłużne budynki, w których mieszczą się klasy. Na końcu w budynku, z dużymi otworami w ścianach mieści się szkolna kuchnia. Na położonych na środku drewnianych palach stoi wielki gar, w którym kucharki gotują obiad. Uczniowie dostają jeden darmowy posiłek dziennie. Rząd zaczął dofinansowywać jedzenie dla uczniów, ponieważ głodne dzieci nie mogły skupić się na nauce.

Potem poszliśmy do przedszkola. To jest jeszcze w budowie. W kolorowym budynku wykańczane są nowe pomieszczenia dla dzieci. Przed znajduje się plac zabaw. Mamy tu zawieszone na łańcuchach huśtawki zrobione z opon, drewniany podest, którym bawią się dzieciaki i ławeczki. To wszystko dzięki zagranicznym darczyńcom, którzy sfinansowali budowę przedszkola.

Przyszliśmy jeszcze przed dziećmi. Te, jak się tylko zaczęły schodzić, od razu okrążyły mnie i każde próbowało złapać mnie za rękę. Kucnęliśmy. Jeden chłopczyk, krewny Princely’ego przytulił się do mnie. Dzieci badały moje oczy, uszy, skórę, paznokcie. Biały człowiek był dla nich czymś niezwykłym, więc wszystkie chciały być jak najbliżej, a przy tym tak się cieszyły.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.