W labiryncie

Silvana poleciła mi umyć alejki w przepięknej ptaszarni. Alejki tworzyły cudowny labirynt. Mogłyśmy też wdrapać się na mosty i podziwiać to cudo z góry. Jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie w życiu widziałam. 

Dzisiaj pracowałam z Silvaną. Ją chyba lubię najbardziej, bardzo się zaprzyjaźniłyśmy i dogadujemy moim łamanym portugalskim. Silvana i Rose też się przyjaźnią i mieszkają koło siebie. Szkoda tylko, że Silvana ma tak mało fajnych zwierząt, bo mogłabym z nią pracować codziennie. Poszłyśmy zebrać jedzonko w „labiryncie”, czyli ptaszarni. Silvana poleciła mi umyć chodniczki. Złapałam za szlaufa i miejsce przy miejscu myłam. Szlauf był dla mnie jak okruszki dla Jasia i Małgosi, miał mi wyznaczyć drogę powrotną do wyjścia, bo przyznam szczerze, że za pierwszym razem bałam się, że się zgubię w tym labiryncie. W pewnym momencie szlauf się skończył. Na wszelki wypadek go nie zwijałam i poszłam po następny, potem z boku po następny i kolejny, aż wymyłam cały labirynt, a potem musiałam chodzić i zwijać wszystkie szlaufy. W sumie 5 sztuk. Poza tym bardzo musiałam uważać, bo miejscami było strasznie ślisko. Jeden szlauf niechcący wyrwałam z kranu, bo go za mocno pociągnęłam. Myślałam, że gdzieś zahaczył. Na szczęście znalazłam w kuchni Francisco 2 i mi pomógł, przy okazji śmiejąc się ze mnie.

Kiedy przyszła do mnie Silvana wdrapałyśmy się jeszcze na most. Trochę się bałam, bo nie było się czego trzymać, szłyśmy po zawieszonej poziomo na wysokości desce. Widok przepiękny na cały labirynt.

Jak wychodziłyśmy z labiryntu, ok. 9.30 papcio wyjec akurat dał koncert. To było niesamowite. Wyjce to drugie najgłośniejsze zwierzę na świecie po płetwalu błękitnym. Ich wycie można usłyszeć nawet z odległości 5 km. Chcecie posłuchać?

Potem umyłam jeszcze dwie okrągłe klatki ptaszków stojące nieopodal biura i naprzeciwko labiryntu. W klatce obok labiryntu było wejście do klatek papcia wyjca, o którym napiszę w oddzielnym wpisie, drugiej rodziny wyjców i lisów krabojadów. Bardzo żałuje, że nie mogę do nich wejść, podobno są dzikie, ale przesłodkie. Opiszę je w odrębnym wpisie, podobnie jak popołudniową wycieczkę w celu nakarmienia pekari.

Potem jeszcze kroiłam jedzonko i wsypywałam różne ziarna do pojemników. Tak jak mi Cris wytłumaczyła: pierwszy numer to numer klatki, drugi numer, to numer pojemnika z ziarnem.

Potem poszłam na zwyczajowy obchód. Moja kochana chica podała mi ogonek, ona jest taka śmieszna, jak się domaga pieszczot. Chico zaś upodobał sobie, jak go głaszczę po karku, więc jak mnie usłyszy, to przybiega i odwraca się tyłem, plecami do krat i czeka, żebym go głaskała. Prześmieszne są te moje milaszki. Gdybym była tu więcej czasu oswoiłabym im wszystkie zwierzaki:).

Pomiziałam też moje kochane lisoszakale. I widziałam dzisiaj mamę oncillę z małym, jakie słodziaczki.

Patronem medialnym projektu jest National Geographic Traveler.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.