W odwiedzinach u afrykańskiej rodziny

5 – letnia Presley rozpakowała lizaka, dała mi go do polizania, potem zabrała go, upewniła się, że wszyscy na nią patrzą i dumna włożyła go sobie do buzi. Biały człowiek w wiosce Sigagule w północnej części RPA stanowi wielką atrakcję, zwłaszcza dla dzieci.

Jedną dobę miałam spędzić z rodziną z plemienia Tsonga w wiosce Sigagule. Spodziewałam się zobaczyć małą chatkę, w której mieszkało 7 osób, tym czasem zobaczyłam murowany domek, w którym było 5 pomieszczeń (kuchnia, 2 sypialnie, salon i coś na kształt „garderobo”-łazienki – o tym później).  Toaleta była na zewnątrz. W drewnianym budynku były dwie kabiny – jedna dla kobiet, a druga dla mężczyzn:),  a w nich murowane podniesienia z dziurą w środku.

W domu mieli także elektryczność (ale żarówki mieli tylko w niektórych pomieszczeniu). Światło było przed domem i w futrynie łączącej sypialnię, w której spałam ze wspomnianą „garderobo”- łazienką. Był to malutki pokoik, w którym za sięgającym mi do ramion murkiem postawili mi misę z ciepłą wodą, w której miałam się wykąpać. W drugiej części pomieszczenia stało krzesło, na którym leżała sterta ubrań. Nie było tam żadnej szafki ani wieszaków.

Princely mieszkał ze swoją babcią, i dwoma siostrami 19 – letnią i 11 – letnią oraz 3 małymi kuzynami. Babcia i siostra na moje powitanie nałożyły tradycyjne stroje.

W odwiedziny przyszły także jego 5-letnia córka Presley, która na co dzień mieszka z matką i kuzynka.

Byłam ich pierwszym białoskórym gościem, który miał zostać na noc. Dlatego oni byli równie podekscytowani tym wydarzeniem, co ja.

Rodzina przyjęła mnie bardzo serdecznie. Bardzo się ucieszyli z prezencików z Polski. Zwłaszcza babcia z polskiej chusty w tradycyjne wzory i ptasiego mleczka:). Tak jej posmakowały polskie słodycze, że stwierdziła, że mogłaby się przenieść do Polski:)

.

Największą atrakcję stanowiłam dla Presley, która nie odstępowała mnie na krok.  Najpierw uważnie zbadała moją skórę, oczy, brwi, włosy, potem zajęła się moimi rzeczami – okularami przeciwsłonecznymi, zegarkiem itd. Ponieważ strasznie jej się spodobały moje okulary przeciwsłoneczne, dałam jej zapasową parę, którą nosiła nawet po zmroku.

Potem siadła mi na kolana, wzięła moje ręce w swoje rączki i klaskała w rytm dochodzącej z Kościoła muzyki. Potem bujałyśmy się na boki.

Trochę pomogłam w przygotowaniu jedzenia. W garnuszku gotowaliśmy szpinak, a do niego dodaliśmy pokrojone na małe kawałki pomidorki. Poza tym na kolację mieliśmy papu (gęsta biała papka przyrządzana z miele, czyli zmielonej kukurydzy, która z wyglądu przypomina kasze manną, ale jest trochę bezsmakowa) i mięso z grilla – wieprzowinę i wołowinę. Jako gość miałam pierwszeństwo, ale z szacunku odstąpiłam je babci. Ta najpierw jedną ręką nabrała wody z miseczki i obmyła ręce, a potem nałożyła sobie jedzenie. Ja uczyniłam to samo, bowiem jedliśmy w tradycyjny sposób, czyli rękami. Do picia była coca cola.

Potem dziewczyny zatańczyły dla mnie tradycyjny taniec Tsonga i zaprosiły mnie, żebym do nich dołączyła. Nałożyły mi specjalną „spódnicę” z piór i jedna pokazywała mi ruchy, nie żeby cokolwiek mi tłumaczyła, po prostu miałam ją naśladować. A ile śmiechu przy tym mieli, nie wiem czy dlatego, że tak dobrze czy tak źle mi szło:). Ale było wesoło.

Babcia mnie pokochała. Powiedziała, że był to najwspanialszy dzień w jej życiu i jest dumna, że mogła mnie gościć i że dla tego dnia warto było żyć.

Ok. 9 wieczorem poszliśmy spać. Przynieśli mi miskę (w której ledwo się zmieściłam na siedząco) z ciepłą wodą. Princely dał mi też instrukcje, że najpierw mam umyć twarz, a potem wejść do miski, namydlić się i spłukać.

Trochę było mi głupio, bo ja spałam sama w pokoju, na normalnym łóżku, a reszta w dwóch pomieszczeniach (kobiety i dziewczynki razem, mężczyźni i chłopcy razem) na matach. Babcia zajmowała się wyplataniem tradycyjnych mat. Za „ciężarki” służyły jej kamyki.

Rano Princely dał mi do spróbowania mopane worms, czyli suszone małe gąsieniczki żerujące na drzewach mopane. Na początku tak sobie mi smakowało, ale jak posmakowałam to chciałam jeszcze:)

13 Komentarze

  1. Jak zwykle wspaniała opiweść , opisujesz tak , że czuje się jakbym tam była…
    Znam trochę Afrykanów , ale mieszkających tu w wielkim mieście we Frankfurcie nad Menen. Ja miałam też zaszczyt napić się kawy specjalnie dla mnie palonej i parzonej tradycyjnie , a dziewczyny ubrały tradycyjne stroje. Czułam się jak bardzo wyjątkowy gość.
    Ale wyobrażam sobie co działo się w tej wiosce i nie pisałaś , ale pewnie kolor twoich oczu też wzbudzał zainteresowanie.

    • Dzięki Krysiu, bardzo mi miło:)
      Zgadza się, kolor moich oczu też wzbudzał zainteresowanie:)
      Serdecznie pozdrawiam

  2. Pani Małgosiu życzę dużo przyjemności w odkrywaniu świata.Sama podróżuję i i wszystkie doznania i przeżycia są bezcenne, czego i Pani
    życzę. Cieszę się,że można tyle pozytywnych emocji czerpać od innych
    ludzi i dawać w zamian swoje zainteresowanie i pomoc innym.
    Pozdrawiam serdecznie.Kasia

  3. Mnie niestety nie stać na podróżowanie ale przyjemnie czyta się takie teksty
    POZDRAWIAM i życzę kolejnych miłych wspomnień

    • Hej,
      życzę Ci, żeby wkrótce było stać Cię na podróżowanie i zachęcam do dalszej lektury:)
      Pozdrawiam
      Gośka

  4. Gosia jest wspaniala i do tego bardzo mi sie podobasz.
    Moze dasz sie namowic na randké?
    Tez jestem podroznikiem.
    Jak bédziesz miala jakiß fajny plan podrozy,
    i problemy z finansami to sié odezwij a z checia ,
    Ci pomoge i sié z Tobá wybiore .
    Ja teraz planuje podroæ do Mongolii i Kazachstanu.
    Buziaki. jestes super.

    • Hej Emil, dziekuję,
      Mongolia – super, moje marzenie. Ale musiałam je odłożyć na później, na razie zajmuję się zwierzątkami:)
      A co ty porabiasz poza podróżowaniem?
      Pozdrawiam serdecznie
      Gosia

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.