Wiejskie życie

Dzisiaj pracowałam na tzw. farmie i chyba był to najbardziej wyczerpujący dzień podczas całego wolontariatu, ale Pam (opiekunka) jest super. Bardzo energetyczna i wesoła. Ciągle sobie gadałyśmy podczas pracy. Na koniec dnia podziękowała mi za wspaniałą robotę, którą wykonałam i zrobiło mi się bardzo miło.

Pierwszym moim zadaniem było przyprowadzenie z pola dwóch kucyków, ale takich maleńkich, sięgających mi zaledwie do biodra. Najbardziej dziwiło mnie to, że stały one w płaszczykach, podobnie jak konie, które widziałam wcześniej na ranczach. Okazuje się, że te płaszczyki mają je chronić przed insektami. Najpierw musiałam rozebrać z nich kucyki, a potem wyczesać futerko i grzywy. Jeden jest kochany i sam z siebie co chwila daje mi buziaczki, a drugiego się trochę obawiam. Mam wrażenie, że mnie zaraz kopnie. Póki co dobrze sobie radzęJ  Pod koniec dnia musiałam je znowu ubrać i z powrotem odprowadzić na łączkę.

Kiedy kuce świeżo wyczesane stały w swojej zagrodzie, ja zajęłam się sprzątaniem zagród świnek morskich. Musiałam im wymienić ściółkę, wymyć klatki i miseczki, wlać nową wodę, wyczyścić z gówienek drewienka (dekoracyjno-przeszkodowe).

Po południu karmiłyśmy świnie, jedna jadła mi z ręki. Potem sprzątałam gówienka w zagrodzie dla owiec i kóz. Jedna koza bardzo mnie polubiła. Jak przyniosłam jedzenie (przywiozłam je na takiej taczce) i wkładałam do lodówki, to ona wszystko podjadała. Fakt, że jest chudzina, ale z tego, co się orientuję, dobrze tu karmią zwierzęta. Jak przeprowadzałyśmy z Pam owce i kozy do innej zagrody to ona na nas czekała i coś po swojemu „gadała”J. Potem jak sprzątałam jej zagrodę to cały czas przychodziła się do mnie pieścić, nie mogłam się od niej odgonić i sprzątać, bo przychodziła do mnie i opierała się o nogi domagając się pieszczot :)

Potem musiałam przywieźć trzy taczki ściółki dla świnek, a farma jest na końcu świata. W dodatku to był chyba najgorętszy dzień odkąd tu jestem.

Jak skończyłam pracę akurat zaczął się pokaz zaganiania owiec. Kochane psiaki, chwilę się z nimi bawiłam przed ich występem. Takie śmieszne były: jeden był wpatrzony w opiekuna, gotowy w każdej sekundzie ruszyć na owce, a drugi biegał koło niego machając ogonem, jakby chciał powiedzieć „no już zaczynajmy tę zabawę”.  Ileż one miały radości jak zaczął się pokaz i według wydawanych przez trenera komend zaganiały w określone miejsce, albo formowały szyki z owiec. Najśmieszniejsze było jak na koniec owce miały wejść do takiej zagrody. Te jakby chciały uwodnić, że powiedzenie „owczy pęd” nie wzięło się znikąd, jedna za drugą przepychały się, skakały po sobie, pchając się na przód zagrody.

 

 

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.