Wielkie karmienie

Dzisiaj wszyscy pojechali do miasta, więc na mnie przypadło karmienie większości zwierząt. Ale nie narzekałam, bo to moje ulubione zajęcie. Chciałabym mieć więcej zwierzaków pod swoimi skrzydłami.

Dzisiaj był pracowity dzień. Najpierw miałam posprzątać w jednej z zagród u Hammy, a po śniadaniu mieliśmy tzw. big jobs, czyli duże prace. Wcale nie są one duże, ale chodzi o to, że możemy je wykonywać, tylko pod nadzorem pracownika, bowiem na ogół sprzątamy klatki, w których jedzą dorosłe zwierzęta: lwy, lamparty, gepardy, albo ich zagrody. Jeśli chodzi o zbieranie kup i resztek kości z zagród, to najbardziej lubię pracować ze Szwajcarką Sandrą. Ona tak jak ja chodzi „pasami”. Idziemy obok siebie liniami, a  potem się mijamy tworząc kolejne linie i tak cała klatka jest sprawdzona i czysta, inni chodzą jakimiś dziwnymi zygzakami, omijając część miejsc, a część powtarzając z kimś innym. Poza tym mam wrażenie, że niektórzy nigdy w życiu niczego nie robili.

Dzisiaj podzielili nas na grupy. Część poszła do gepardów, a druga część, czyli ja i dwie inne osoby do lwów i dzikich lampartów. Na początku mieliśmy do umycia trzy klatki, w których jadły lwy. Wydawało się, że każdy sprzątnie jedną, ale szybko okazało się, że nie wszystkim chciało się pracować.

Sprzątanie klatek żywieniowych jest dosyć prostym i szybkim zadaniem, wylewa się kubeł wody, a potem sypało specjalnym proszkiem i szorowało szczotką. Potem to zmienili i zamiast proszku używa się specjalnych płynów (jak do mycia podłóg), które miesza się z wodą. Potem trzeba dokładnie spłukać podłogę i tyle. Prościzna, ale niektórzy są chyba zbyt leniwi.

Ja wzięłam się za sprzątanie jako pierwsza. Pozostała dwójka na mnie patrzyła. Powiedziałam więc dziewczynie, żeby zaczęła sprzątać klatkę obok, a chłopakowi, żeby przyniósł wodę. Myślałam, że on sprzątnie potem trzecią klatkę, a my mu doniesiemy wodę. Tymczasem on się zawiesił w połowie drogi między kranem, a klatką. Cudownie. W końcu 2/3 sprzątnęłam sama, a oni na mnie patrzyli:)

Po wielkich pracach wszyscy pojechali do miasta. Została garstka osób m.in. ja i Mike. I tak z Nikitą, pracownicą ośrodka w południe zrobiłyśmy mleko dla pięciu antylop i poszłyśmy je nakarmić. W połowie butelki miałam wyjąć ją z mordki zwierzaka i przekręcić. Z pierwszą nie miałam problemów, ale jak ją przekręciłam, podeszła do mnie druga antylopa i musiałam je karmić na dwie ręce i w dodatku jeszcze jedną butle wyjąć z mordki i ją przekręcić. Ależ to były łakomczuszki. Jak skończyłyśmy umyłyśmy butelki. Następne w kolejce do karmienia były dwa osierocone szakale: Mickey i Minnie. Miałam im dać po 6 piskląt, z których wcześniej usunęłam żółtka. Potem musiałam pilnować, żeby każdy zjadł swoją porcję, bo one lubią sobie podkradać. Samczyk Mickey oczywiście wszystko pochłonął, a samiczka Minnie potrzebowała chwilę więcej czasu.

Kiedy brzuszki moich ulubieńców były już pełne poszliśmy z Mikiem do hien Bonzie i Marleya. Najpierw zanieśliśmy im po miseczce mleczka, a potem po 20 kurczaków. Jeśli nie wypiły całego mleczka dolewaliśmy je do kurczaków.

Już byłam u nich parę razy, więc zdążyłam się z nimi zaprzyjaźnić. Mike też je uwielbiał, więc zostaliśmy, żeby je jeszcze wypieścić. 

Patronem medialnym projektu jest National Geographic Traveler.

 

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.