Wycie o pomoc

Najpierw go usłyszałam, przeraźliwie płakał, potem zobaczyłam pomarańczowo-brązową, przestraszoną mordkę około sześciomiesięcznego wyjca. Policja znalazła go na drzewie w El Alto, drugim co do wielkości mieście w Boliwii, znanym z targu, na którym nielegalnie handluje się dzikimi zwierzętami. Nazwali go Pomelo, ale moim zdaniem powinien nazywać się szczęściarz, bowiem ile trzeba mieć szczęścia, żeby tyle razy wyrwać się z uścisku śmierci i trafić niemal bez szwanku do raju na ziemi dla zwierząt.

Właśnie szłam po jedzenie dla niedźwiedzi, bo zbliżała się pora ich karmienia, kiedy zobaczyłam Vicky Ossio, współzałożycielkę boliwijskiego ośrodka La Senda Verde, z małym zawiniątkiem. Wszystkie małpy w ośrodku podążały za nią zaciekawione. Kiedy znalazłyśmy się już z dala od wścibskich czworonogów, Vicky rozsunęła ręcznik. Spojrzały na mnie wielkie przerażone oczy ok. sześciomiesięcznego wyjca. Był przeuroczy. Miał piękną czarną mordkę, niemal w kształcie serca. Małe czarne, sterczące uszka. Nie znamy dokładnie jego historii, ale wiemy jedno w swoim dotychczasowym życiu miał ogromne szczęście. Przypuszczalnie uciekł handlarzom dzikich zwierząt. Nie wiemy jak trafił w ich ręce, ale pewne jest, że nie podzielił losu dzikich zwierząt sprzedawanych na nielegalnych targach w Boliwii, których liczbę boliwijskie pogotowie dla zwierząt ostrożnie szacuje się na przynajmniej 50 tys. rocznie.

Są one brutalnie zabierane są od swoich rodziców, którzy często są mordowani. Baloo, jeden z wyjców mieszkających w La Senda Verde nie miał jednego palca, bowiem tak kurczowo trzymał się swojej zabitej matki, że kiedy próbowano na siłę ich rozdzielić wyłamano mu go. To nie koniec dramatu. Mówi się, że nawet dziewięć z dziesięciu przemycanych zwierząt umiera podczas podróży. Ok. 20 proc. trafia za granicę. Na czas przelotu są faszerowane lekami usypiającymi albo pojone alkoholem i zamykane w walizkach, jak lalki. Pozostałe trafiają w ręce lokalnych mieszkańców jako maskotki. Papugom łamie się skrzydła, by nie mogły uciec, małpom wyrywa się największe zęby, by nie gryzły, żółwiom wywierca się dziury w skorupie, żeby można było je trzymać na smyczy. Część z nich zamiast odpowiedniego jedzenia dostaje chipsy i czekoladę. W efekcie źle się rozwijają i chorują. Właśnie dlatego uważam, że w całej tej tragedii Pomelo miał co najmniej trzykrotne szczęście: udało mu się wyrwać z rąk handlarzy bez szwanku, znalazła go policja i trafił do La Senda Verde, boliwijskiego ośrodka opiekującego się osieroconymi, chorymi czy uratowanymi z rąk przemytników dzikimi zwierzętami. Tutaj maluch dostanie szansę na drugie życie niemal na wolności. Bowiem w La Senda Verde większość małp porusza się bez ograniczeń po 8 hektarowej posesji. Pomelo miał dołączyć do nich po miesięcznej kwarantannie. W przypadku wyjców trzeba zachować szczególną ostrożność. W przypadku tych małp wychowywanych w niewoli współczynnik umieralności jest najwyższy pośród wszystkich ssaków. Dlatego na razie do dwudziestoczterogodzinnej czujnej opieki nad nim przydzielono mu dwie ludzkie matki zastępcze: 60-letnią Brytyjkę Cyndy i dwudziestokilkuletnią Amerykankę Annę. Ich głównym zadaniem było po prostu z nim być i go obserwować. Poza tym dawały mu jedzenie, dbały o to, żeby się nie nudził, a Cyndy także spała z nim. Ponieważ dzieliłyśmy z tą Brytyjką apartament, oznaczało to, że niejako stałam się matką chrzestną Pomelo. Mały wyjec spędzał z nami wieczory, noce i poranki, a ja mogłam się przyglądać jak rośnie i zmienia się.

Pewnego dnia, gdy Anna się rozchorowała, miałam na kilka godzin przejąć opiekę nad Pomelo. Moja kandydatura była oczywista, bowiem z pozostałych wolontariuszy najlepiej go znałam. Wyjec był przyzwyczajony do mnie. Tak więc na parę godzin stałam się jego nianią. Klinika liczyła cztery pomieszczenia, z których jedno było przeznaczone dla Pomelo. Tutaj urządzono mu plac zabaw. Miał specjalne liny, po których mógł wspinać się, zwisać głową do dołu, bujać się i a la hamak, w którym mógł odpocząć. Zawisło też tam lusterko, żeby mógł się przypatrzeć swojej twarzy, tak aby później bez trudu rozpoznał inne wyjce. Jego mamy zastępcze miały drewniane krzesło, potem wstawiono jeszcze skórzany czerwony fotel, w którym się rozsiadłam na parę godzin niańczenia Pomelo. Cyndy zostawiła mi miseczkę z sałatą, którą uwielbiał, na wypadek gdyby zgłodniał. Siedziałam w fotelu obserwując go jak się bawił. Pomelo był bardzo aktywny, przechodził z liny na linę, zwisał z nich trzymając się ogonkiem, wszedł mi po ręce na ramiona, przysiadł na dwie sekundy i poszedł na kolejną linę. Łapał jedną łapką za niebieskie gumowe kółko, potem dodawał tylną łapkę i ogonek, wszystkimi łapkami trzymał się kółka, po tym by za chwilę zwisać z niego głową do dołu trzymając się obręczy tylko ogonem. Co chwila wchodził mi na rękę, dalej na plecy i z powrotem na liny. Jak się trochę zmęczył przysiadał na moim ramieniu, obejmując mnie za szyję ogonkiem. Zaciekawiły go moje włosy. Zazwyczaj jak na mnie siadał, bawił się nimi. Był już całkiem zmęczony, więc zszedł i zaczął się układać na moich kolanach do snu. Powieki same mu się zamykały, ale on jeszcze walczył. Tyle ciekawych rzeczy było do zobaczenia. Aż w końcu zasnął trzymając mojego palca w swojej małej łapeczce. Głaskałam go po futerku wspominając nasze pierwsze spotkanie. Doskonale pamiętam te przestraszone oczy. Po tym jak policja znalazła go na drzewie, płakał przez dwa dni i dwie noce. Kiedy przyjechał do La Senda Verde był bojaźliwy i marudny, co demonstrował jęczeniem i wydawaniem innych dźwięków, a czasem nawet ugryzieniem kogoś. Z czasem uspokajał się i nabierał pewności siebie. Z jednej strony stawał się coraz grzeczniejszy, z drugiej miał coraz więcej chęci do zabawy. W klinice przygotowano mu wspomniane specjalne liny. Także u nas w domku nie brakowało mu atrakcji do zabawy. Początkowo nieśmiało wchodził po schodach, albo po barierce trzymając się jej mocno nogami i ogonkiem. Z czasem nabrał pewności siebie i wchodził najwyżej jak tylko mógł i zwisał głową do dołu trzymając się tylko ogonkiem drewnianej belki. Kolejnym wyzwaniem dla niego były skoki. Uwielbiałam patrzeć jak siedział i zastanawiał się czy da radę przeskoczyć z barierki na materac. A potem skakał tak bardzo jak tylko mógł w górę. Kiedy mu się udawało szukał dalszych odległości, z jednego materaca na drugi, na drewnianą szafkę, na stołek, z powrotem na barierkę. Zawsze bardziej do góry niż w dal. Strach w jego oczach zastąpiły ciekowość i radość.

Pod wieczór robił się marudny. Z czasem nauczyłyśmy się, że to znak, że chce spać. I tak codziennie ok. 18 Cyndy kładła się do łóżka, a na jej klatce piersiowej układał się wyjec. Przykrywała go kołderką i czekała aż zaśnie. Wtedy spokojnie mogła zjeść przyniesioną przeze mnie kolację. Przez większość nocy Pomelo ładnie spał, ale zdarzało mu się załatwić o trzeciej nad ranem. Poza tym codziennie punktualnie o 6.45 załatwiał swoje potrzeby, początkowo siedząc na ramionach Cyndy lub moich. Z przyczyn oczywistych zaczęłam unikać go o tej porze. Na nasze szczęście po kilku dniach zaczął wchodzić na piętro i załatwiał się, siedząc na barierkach. Zadbałyśmy tylko, żeby nasze rzeczy nie leżały „na drodze”. Cyndy przesunęła łóżko pod ścianę , a ja przestałam wieszać ręczniki na barierce.

Codziennie rano dostawał mleczno-owocową formułę i kilka liści sałaty, marchewkę, liście bananowca. Potem Cyndy zamykała go w specjalnej plastikowej klateczce i niosła do kliniki, gdzie spędzał dzień.

Kiedy Cyndy przenosiła go do kliniki, inne małpy: wyjce, czepiaki, kapucynki  towarzyszyły jej próbując zobaczyć małego. Niektóre z nich wchodziły na specjalną siatkę, którą otoczony był budynek kliniki, żeby zajrzeć do niego. Chciały go poznać. Pomelo także był bardzo ciekawy otaczającego go świata. Otwierał wielkie oczy i wszystko obserwował, próbował poukładać to w swojej małej głowie. Małymi kroczkami wprowadzaliśmy go do świata małp.

Towarzyszyłam Pomelo w  najważniejszych momentach w jego życiu, m.in. w jego pierwszym spacerze na świeżym powietrzu. Była piękna, słoneczna pogoda. Anna wzięła go na ramionach do klatki dla ludzi, tak aby mógł poznać inne małpy, ale żeby czuł się bezpieczny, żeby się nie wystraszył. Śmiesznie to wyglądało, gdy tak szli w specjalnym korytarzu z siatki, po którym przemieszczały się małpy: dwa wyjce, trzy czepiaki i sajmiri. Wszyscy chcieli poznać Pomelo. Ten zaś czuł się onieśmielony tak dużym zainteresowaniem i tyloma nowymi twarzami. Początkowo był wręcz przerażony. Kurczowo trzymał się swojej matki zastępczej i szeroko otwierał oczy. Kulił się, kiedy inne małpy wkładały przez siatkę łapy, żeby go dotknąć. Po chwili zorientował się, że nic złego się nie dzieje i zaczął coraz pewniej badać otaczającą go rzeczywistość. Wziął w łapeczkę wpadające do korytarza roślinki i je badał. Przyglądał się innym małpom. W końcu odważył się wejść na siatkę. Z drugiej strony podszedł do niego dorosły wyjec. Powąchały się i dały sobie buziaka. Ich rączki na chwilę dotknęły się. Potem Pomelo zszedł z siatki i ponownie usadowił się na ramionach Anny.

To był jego pierwszy, ale nie ostatni spacer. Za każdym razem mały wyjec był coraz śmielszy. W końcu nadeszła chwila, kiedy mógł dołączyć do grona pozostałych jedenastu wyjców mieszkających w La Senda Verde. Początkowo czuł się zagubiony i przeraźliwie płakał, ale szybko zajęła nim się jego nowa mama zastępcza, tym razem już z właściwego gatunku. W jej ramionach uspokoił się. Z czasem poznał wszystkie wyjce. Teraz to one nauczą go wszystkiego, m.in. wycia. Samce tego gatunku dzięki workom krtaniowym (rezonatorom) wydają osobliwy dźwięk, który jest m.in. sygnałem dla innych grup, że to terytorium jest już zajęte. Może być on słyszalny na odległość do 5 km, co czyni wyjce drugimi najgłośniejszymi zwierzętami na świecie po płetwalu błękitnym.  Kiedy pierwszy wyjec pojawił się w La Senda Verde, właściciel ośrodka Marcelo osobiście uczył go wycia. Eksperyment ten zakończył się sukcesem. Dziś to on jest nauczycielem, który przekazuje swoje umiejętności młodszym kolegom.

Teraz to będzie jego nowy dom. Dom, który niewiele będzie się różnił od życia na wolności. W La Senda Verde większość małp bowiem żyje i przemieszcza się wolno na 8 hektarowej przestrzeni, która jest naturalnie ogrodzona rzeką.  To ludzie chodzą w specjalnym korytarzu – klatce. Tylko najbardziej niebezpieczne lub zbyt inteligentne (niektóre kapucynki potrafiły otworzyć drzwi nawet te zamknięte na klucz) są pozamykane w klatkach lub chodzą na specjalnych smyczach przyczepionych do ogonów.

W La Senda Verde schronienie i opiekę znajdują zwierzęta chore czy ranne, osierocone, przechwycone od handlarzy czy tzw. maskotki, czyli byłe zwierzątka domowe, których właściciele nie potrafili bądź nie chcieli się już nimi zajmować. W 2007 roku ośrodek zyskał status organizacji non profit. Obecnie przebywa w nim około 500 zwierząt: 60 kapucynek, 16 czepiaków czarnych, 12 wyjców, ok. 70 żółwi, 2 niedźwiedzie andyjskie, 2 margaje, ocelot, kapibara, pakarana oraz wielu przedstawiciele różnych gatunków ptaków. 4500 zwierząt nie przetrwało i zmarło w drodze do ośrodka.

Patronem medialnym projektu jest National Geographic Traveler.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.