Wyprawa po ocelota

Wybraliśmy się w dwudniową, pełną przygód podróż po małego, uratowanego ocelota.

 

Podczas wolontariatu w La Senda Verde przysługiwały dni wolne. Ponieważ ja pracowałam codziennie postanowiłam poświęcić ostatnie dwa dni na filmowanie i robienie zdjęć zwierzakom z ośrodka. Tymczasem spotkałam Vicky, która opowiedziała mi, że znaleźli ośmiotygodniowego Ocelota i trzeba po niego pojechać. Oczywiście byłam bardziej niż chętna do zaopiekowania się tym niuńkiem. I tak po godzinnej naradzie, wieczorem wyruszyliśmy w trzydziestokilku godzinną podróż po ocelota: kierowca, weterynarz, pracownik ośrodka i ja.  Nasz cel to Rurrenabaque. Mieliśmy do przejechania  ok. 324 km w jedną stronę. Cała podróż zajęła nam ponad trzydziści godzin. W tym czasie spaliśmy ok. czterech godzin.

Boliwijskie drogi delikatnie mówiąc nie należą do najlepszych. Przez większość trasy nie było asfaltu, za to nie brakowało zakrętów. Często droga prowadziła na przepaściami. Niekiedy musieliśmy się zatrzymywać np. na dwie godziny, bo droga była zamknięta. W pierwszą stronę natknęliśmy się na leżącą na drodze ciężarówkę. Nie było przejazdu. Ludzie przepakowywali owoce z leżącej na drodze ciężarówki do stojącej obok, a mężczyźni mocowali trzy liny. Potem kilkunastu mężczyzn, między innymi moi towarzysze podróży, chwyciło za liny i próbowało podnieść ciężarówkę. Do końca nie wierzyłam, że im się to uda, ale udało się. Ciężarówka stanęła. Wszyscy wsiedli do swoich samochodów i pojechali w dalszą drogę. Witamy w Boliwii:)

W nocy jeździliśmy po jakiejś miejscowości szukając noclegu. W tym rejonie ponoć to najbardziej turystyczne miejsce, a mieli zaledwie jedno miejsce, w którym można było przenocować. Trzyosobowe pokoje mieściły się wzdłuż korytarza. Ściany były chyba z tektury, bo słyszałam nawet otwieranie puszki w pokoju obok. Prysznic był tak okropny, że mimo upału lepiej było sobie go darować. Toalety zamykane na klucz nie były lepsze. Przetrwaliśmy i po śniadaniu ruszyliśmy w dalszą drogę.

Przejechaliśmy przez wyschniętą rzekę. Krajobraz zrobił się całkowicie płaski. Niskie zabudowy, sporadyczne samochody na drodze. W końcu dojechaliśmy do  Rurrenabaque. Ponieważ ocelot jeszcze nie dojechał wybraliśmy się promem do położonej po drugiej stronie rzeki miejscowości San Buentaventura. Oba miasteczka były bardzo malownicze i klimatyczne. Kiedy ja przeżywałam naszą akcję ratunkową i nie mogłam się doczekać ocelocika, moi koledzy zachowywali się jak japońscy turyści, pozując wszędzie i prosząc mnie, żebym im moim aparatem robiła zdjęcia. Oni mieli tylko telefony komórkowe. Przy okazji dowiedziałam się, że sprzęt fotograficzny jest bardzo drogi w Boliwii, bo się go tam nie produkuje.

Obiad zjedliśmy na targu. Bardzo mi się podobało to miejsce, w którym pod ścianami, swoje stanowiska do gotowania miało kilka kobiet. Odgrodzone były ściankami. Mniej podobało mi się, ze proponowali mi do jedzenia kapibarę lub małpę. Kiedy tak zajadaliśmy się rybkami, dostaliśmy telefon, że ocelot jest na miejscu i pobiegliśmy.

Najpierw trzeba było dopełnić formalności, wszystko spisać i podpisać. Potem Camillo (weterynarz) przeniósł ocelocika do naszej klateczki i go zabraliśmy. Biedaczek był zestresowany. Na dodatek panował straszny upał i ten dyszał straszliwie. Żeby nie było mu tak gorąco włożyliśmy mu do środka butelkę z zimną wodą, opakowaną w siatkę. Co jakiś czas go poiłam.

Następnego dnia miałam wyjeżdżać , tymczasem Vicky spytała mnie czy mogłabym zostać, żeby się zając maluchem i zamiast robić zdjęcia i zegnać się ze zwierzętami i wolontariuszami, sprawdzałam przedłużenia pobytu. Niestety nie było to możliwe. Myślałam, że mi serduszko pęknie. Mam nadzieję, że jeszcze będę miała w życiu okazję wychować ocelota. Te przepiękne kociaki stały się jednymi z moich ulubionych.

Patronem medialnym projektu jest National Geographic Traveler.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.