Z lampartem przy nodze

To chyba najwspanialszy dzień tutaj. Mogłam pójść na długo przeze mnie wyczekiwany spacer z Zorro. Mój kochany lampart, jak tylko wyszedł z klatki przyszedł się do mnie przytulić, potem podczas spaceru też się przytulał co jakiś czas. Siadał, opierał się o mnie swoją głowę, nawet mnie polizał. On ma takie mięciutkie futerko, jest wielki po tacie i jest przepiękny. Jestem nim zachwycona. Faktem jest, że lamparty i tygrysy to moje ulubione dzikie koty, ale Zorro i Misschief są naprawdę piękne. I Zorro jest mój, tzn. adoptowany ( o tym w przyszłości).

Wracając do spaceru. Keal, pracownik Cheetah Experience, wszedł do klatki, nałożył Zorro szelki i smycz, wyprowadził go na zewnątrz i przeprowadził przez bramę części dla lwów. Ja już przebierałam nóżkami, kiedy nadejdzie moja kolej. Mogłyśmy z Iną na zmianę go prowadzić na smyczy. Ja byłam pierwsza. Zorro, jak to ma w zwyczaju, zanim wyjdzie za drugą bramę, gdzie rozciąga się łąka, lubi pospacerować między częścią dla lwów i gepardów. Tutaj stoją m.in. samochody, a Zorro uwielbia na nie wskakiwać.

Potem poszliśmy na łąkę. Zorro super szedł na smyczy. Co prawda wolałam jak lwy same szły, a nie jak muszę prowadzić zwierzę na smyczy, ale tak czy tak, uwielbiam spacerować z dzikimi kotami. Poofy wzięła na spacer współlokatorkę Zorro – Pardus.

Mogłabym tak spacerować z nim cały dzień, ale po godzinie odprowadziliśmy go do klatki. Szkoda, że do nich można wchodzić tylko w min. trzy osoby, bo inaczej byłabym u nich codziennie, tak jak u karakali. Tak muszę zawsze szukać dwóch innych chętnych albo zadowolić się mizianiem ich przez kraty.

Po spacerze zrobiłam obserwację, a następnie miałam niańczyć Oriona, który przywitał mnie buziaczkami, może poczuł starszego kolegęJ, a potem koniecznie chciał wejść na kolanka, trochę się pobawił. Był taki grzeczniusi dzisiaj, że aż nie mogłam w to uwierzyć.

O 10 wszyscy spotkaliśmy się na wspólne pielenie, które miało potrwać do 12, ale słońce nas uratowało i po godzinie zakończyliśmy tą pracę. Ponieważ byłam cieniem wycieczki o 12, okazało się, że musiałabym być w sklepie od 11.30 do 13.30. Na szczęście nie musiałam przez cały ten czas być fizycznie w sklepie, a wystarczyło, że miałam na widoku wjazd i pojawiłabym się, gdyby ktoś przyjechał. Inaczej chyba bym się zanudziła. Wykorzystuję dyżury w sklepie na pisanie pamiętnika. Tym razem było sporo pracy. Rene przyszła bowiem z pudłem nowych koszulek i musiałyśmy posegregować je rozmiarami, policzyć i poukładać na półkach lub porozwieszać na wieszakach. Ale przynajmniej się nie nudziłam.

Patronem medialnym projektu jest  National Geographic Traveler. 

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.